1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

Byli robotnikami przymusowymi. Dziś cieszą się z pojednania

9 grudnia 2025

Barbara i Bogdan przeżyli okupację, obóz i pracę przymusową. Dziś spotykają się z młodymi Niemcami i opowiadają im o swoich losach.

Barbara Doniecka i Bogdan Bartnikowski w miejscu dawnego obozu pracy w Berlinie-Blankenburg
Barbara Doniecka i Bogdan Bartnikowski w miejscu dawnego obozu pracy w Berlinie-BlankenburgZdjęcie: Agnieszka Hreczuk/DW

– My, dzieci, czyściliśmy te cegły. Każdą było trzeba oczyścić z tynku, zaprawy. Dostaliśmy kawałek blachy i tyle – opowiada Barbara. – Zdrapywaliśmy nią tynk, ale blacha się łamała, raniła cały czas dłonie. Krew się lała – wspomina.

Ma wtedy 11 lat. Żadnych rękawiczek ochronnych nie było, opatrunków też nie. Kiedy rana mocno krwawi, szukają jakiejś szmaty i owijają rękę. A potem znowu skrobią i podają dalej oczyszczone cegły. – Na kanale, na barce, stali mężczyźni, którzy odbierali je od nas  i tam układali – kontynuuje Barbara. Jednym z tych „mężczyzn” jest Bogdan. Ma 13 lat, o dwa lata więcej od Basi. – Ale byłem już wtedy na wpół dorosły – mówi Bogdan. – Okupacja, obóz, praca. Byliśmy zahartowani. Ja już nie myślałem i nie zachowywałem się jak dziecko.

Zdjęcie karty pracy Bogdana na terenie obozu w BlankenburguZdjęcie: Agnieszka Hreczuk/DW

Bogdan Bartnikowski i Barbara Doniecka w 1945 roku byli w obozie pracy w Blankenburg, na przedmieściach Berlina. Trafili tu w styczniu 1945 z Auschwitz, do którego wywiezieni zostali w czasie Powstania Warszawskiego.

Z Blankenburga brygada budowlana polskich dzieci i kobiet codziennie jeździ do dzielnicy Tiergarten w centrum Berlina, odgruzowywać miasto, zniszczone bombardowaniami. Zbierają cegły i gruz z ulic i ruin. Kiedy na Berlin spadają bomby, nie wolno im chować się z Niemcami w schronach. To ich sprawa, czy przeżyją. – Uciekaliśmy do piwnic zburzonych domów, rozdzieleni na małe grupy. Jak wejście do jednej piwnicy przysypało, to koledzy z drugiej mogli je odkopać. Wzajemnie się ubezpieczaliśmy – tłumaczy. Nikt z ich brygady budowlanej w  Berlinie nie zginie.

Coraz mniej czasu

Barbara i Bogdan są jednymi z żyjących jeszcze polskich więźniów niemieckich nazistowskich obozów. To o nich przypomniał na zeszłotygodniowych konsultacjach polsko-niemieckich premier Donald Tusk, domagając się dla nich zadośćuczynienia. Temat rekompensat to jeden z najgorętszych punktów w stosunkach między oboma państwami. Choć Niemcy sami zobowiązali się do wypłacenia dalszego odszkodowania dla żyjących ofiar prześladowań III Rzeszy, przez ostatnie lata Berlin nie podjął konkretnych decyzji w tej kwestii. Rok temu kanclerz Scholz przyjechał do Warszawy z propozycją jednorazowej rekompensaty w wysokości ok. 200 mln euro dla wszystkich ofiar. Polska odrzuciła wtedy tę propozycję.

W Polsce żyje jeszcze ok. 50 tys. więźniów obozów koncentracyjnych i pracyZdjęcie: Christopher Furlong/Getty Images

– Polsce zależy, żeby ta sprawa nie została potraktowana jak zwykła księgowość: odpisujemy kwotę, sprawa jest załatwiona – tłumaczy Jan Tombiński, pełniący funkcję ambasadora Polski w Berlinie, obecny przy konsultacjach. – Oczekiwanym znakiem byłoby to, że to Niemcy otwierają fundusz, nie mówiąc o konkretnej kwocie i fundusz zostaje zamknięty dopiero wtedy, kiedy tych osób nie będzie. Jeżeli świadczenia są ciągłe, to pamięć istnieje. Jeżeli jest to jednorazowa akcja, to po zakończeniu się zapomina – podkreśla. – Cały czas powtarzam niemieckim politykom, że koszt zwlekania będzie wyższy, niż koszt wypłaty odszkodowań.

Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych w Polsce żyło około 800 tysięcy byłych więźniów i robotników przymusowych. Rok temu około 50 tysięcy. Dziś już o 10 tysięcy mniej. I każdego dnia umierają następni. – Pospieszcie się, jeżeli naprawdę chcecie wykonać taki gest – zaapelował Tusk do Merza.

Strach znikał powoli

Barbara i Bogdan znają się od dziewięćdziesięciu lat. Ich rodzice byli sąsiadami na warszawskiej Ochocie. Razem przeżyli masakrę dzielnicy w pierwszych dniach Powstania, krótko potem znowu razem wywiezieni zostali z matkami do Auschwitz-Birkenau.

Barbara po wywiezieniu z Warszawy jest, jako dziewczynka, cały czas z mamą. Bogdan z mamą w Auschwitz widuje się tylko przelotnie, przez druty. Ona jest w obozie kobiecym, on – już wtedy – męskim. Przed samym wyzwoleniem Auschwitz, w styczniu 1945 Niemcy trzy transporty matek z dziećmi wywożą do Berlina. W transporcie jest i Bogdan, i Barbara, znowu razem. W każdym pokoju, nie w baraku, zakwaterowanych jest po kilka kobiet ze swoimi dziećmi. Śpią na łóżkach, nie na pryczach. Nareszcie własne łóżko, docenia Bogdan. Basia nadal woli jednak spać, przytulona do  mamusi, jak inne młodsze dzieci.
Z obozu pracownicy przymusowi – brygada kobiet z dziećmi – jeżdżą do centrum Berlina S-bahnem, kolejką miejską. Ponad godzinę z przesiadkami. Razem z innymi pasażerami. Nie noszą specjalnych strojów, nie towarzyszy im SS, a tylko dwóch starszych strażników bez mundurów, przedstawicieli firmy budowlanej. Choć według regulaminu  muszą być oznakowani, nikt o to nie dba. Nie noszą litery „P” na ubraniu. – Nie miałem wrażenia, że ktoś z niemieckich pasażerów zwraca na nas uwagę – wspomina Bogdan. – Raczej powiedziałbym, że to była obojętność z obu stron – ich wobec nas, i nas wobec nich – tłumaczy.

W tym czasie mówi się, że blisko połowa ludzi w Berlinie to robotnicy przymusowi z różnych krajów europejskich. O ucieczce, mówi Bogdan, nie myślał. – A dokąd miałbym uciekać? – wzrusza ramionami.

– A ja się bałam. Przez całą drogę siedziałam obok mamy, ale nie odezwałam się słowem. Chyba inni też milczeli. Pamiętałam Warszawę i Auschwitz, nie chciałam, żeby zauważyli, że jesteśmy Polakami – wspomina Barbara.

Barbara Doniecka miała 11 lat kiedy jako robotnica przymusowa odgruzowywała BerlinZdjęcie: Agnieszka Hreczuk/DW

Strach malał z czasem. A raczej – znikał strach wobec obecnych Niemców. Bo Barbara zdaje sobie sprawę, że dziś tych, których się bała, którzy byli na Ochocie, w Auschwitz, czy w Blankenburg i Berlinie w 1945, już nie ma. Od ćwierć wieku za to spotyka się z innymi: z młodzieżą z niemieckich szkół. – Dwie godziny słuchali – potem milczeli, a potem pytali – opowiada Barbara i się uśmiecha. – I to jak – wszystko chcieli wiedzieć: co czułam, co jadłam, jak wyglądała praca, czy moi rodzice przeżyli. To była jej pierwsza wizyta w niemieckiej szkole, gdzieś koło 2000 roku. Spotkanie w trzech młodszych klasach, a potem następne dwie godziny ze starszą młodzieżą. Po raz pierwszy przed tak liczną niemiecką publiką.

Barbara Doniecka przed transportem do Berlina była więźniarką Auschwitz-Birkenau. O tym też opowiada dziś niemieckiej młodzieży w szkołach.Zdjęcie: Agnieszka Hreczuk/DW

– Tak, widać, jak oni chcą jednak wiedzieć, i jak są poruszeni. To dobrze – mówi Bogdan Bartnikowski. Bogdan po raz pierwszy do Niemiec, jeszcze wtedy NRD, przyjechał w 1975 roku. Wtedy nie miało to związku z historią, to był normalny wyjazd służbowy. Po spotkaniach zamówił taksówkę i pojechał do Blankenburga. Pierwszy raz po 30 latach. Potem bywał tu regularnie, podczas pobytów w Niemczech już jako świadek historii, spotykając się z Niemcami, młodzieżą i dorosłymi, i opowiadając im swoją historię. Historię dziecka–więźnia obozu i robotnika przymusowego.

– Wiem, że są więźniowie, którzy nadal mają traumę i nie ufają Niemcom. Ja się żalu i nienawiści wyzbyłem. Zresztą – do kogo miałbym ją czuć? Przecież ci Niemcy dziś, nigdy nic złego mi nie zrobili. To nie oni wypędzili mnie do obozu, czy zabili mi ojca. Za co ja mam mieć pretensje do tych młodych fajnych dziewczyn i chłopaków, z którymi spotykam się w szkołach, którzy przybijają ze mną piątkę? – 93-latek uśmiecha się. Nie, to nie jest tak, że wizyty w Niemczech nie poruszają go. Zawsze wracają wspomnienia, złe wspomnienia. Ale – podkreśla – właśnie dlatego uważa, że warto przyjeżdżać. – Żeby tym młodym opowiadać, jak do tego wtedy doszło. Ale i pokazać, że dziś są nie tylko rozżaleni na Niemców Polacy.

Bogdan Bartnikowski regularnie zapraszany jest do niemieckich szkół, by opowiadać młodzieży o II wojnie, obozach i pracy przymusowejZdjęcie: Archiv von Zeichen der Hoffnung

Pół wieku czekania na gest

Kwestię odszkodowań dla zagranicznych robotników przymusowych Niemcy długo od siebie odsuwały. Jakiekolwiek akcje do końca zimnej wojny nie dotyczyły osób z bloku wschodniego. Pierwsze, skromne odszkodowania polscy więźniowie i robotnicy przymusowi czy germanizowane dzieci dostali po 1992 roku, w ramach dwustronnego porozumienia polsko-niemieckiego, za pośrednicwem „Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie”.

Dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych, pod koniec kadencji kanclerza Helmuta Kohla, doszło do długich i niełatwych rozmów wewnątrzniemieckich na temat kompleksowej  ustawy tego dotyczącej. Środki na wypłaty przekazał nie tylko rząd, ale i niemieccy przedsiębiorcy. To była forma długo wyczekiwanego przyznania się do tego, że niemiecka gospodarka bezpośrednio korzystała z pracy robotników przymusowych i więźniów obozów, zgadzając się na ich cierpienie i śmierć.

Od 2001 roku Niemcy za pośrednictwem specjalnie stworzonej fundacji „Erinnerung, Verantwortung, Zukunft” („Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość”) wypłacili ponad 1,6 mln osób z 98 krajów  prawie 4,5 mld euro rekompensat za pracę przymusową i uwięzienie w obozach. Prawie pół miliona żyjącym jeszcze w tym czasie polskim ofiarom Niemcy wypłacili 1,8 mld euro – w przeliczeniu 1-2 tys. euro na osobę.

Symboliczne uznanie cierpień

Każda kwota była niewymierna, przyznaje Andrea Despot, szefowa fundacji „Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość”. – Odszkodowania były tylko symbolicznym uznaniem cierpień więźniów czy robotników przymusowych – i przyjęciem odpowiedzialności za nie – tłumaczy. – Bo tak naprawdę nie da się niczym za to zadośćuczynić. 

Andrea Despot jest szefową fundacji "Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość", która zajmowała się wypłatą odszkodowańZdjęcie: Jens Schicke/IMAGO

– Wiele osób czekało przez 50 lat po wojnie na ten właśnie gest ze strony Niemiec, wielu z nich nie dożyło tego momentu – podkreśla Jakub Deka z fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie”, która przekazywała wypłaty w Polsce. – To uznanie było dla nich gestem dowartościowania – tłumaczy. Teraz, mówi Deka, konieczny byłby następny gest. – Tych osób jest niedużo i są w bardzo podeszłym wieku. Polska wspiera ich, wypłacając dodatki do rent i emerytur kombatanckich, czy też z tytułu deportacji i represji. Natomiast ważny byłby gest również ze strony państwa niemieckiego, żeby wspomóc wysiłki państwa polskiego.

Jakub Deka pracuje dla "Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie", która pośredniczyła w wypłatach rekompensat humanitarnych po 2000 roku. Teraz czeka na następny krok BerlinaZdjęcie: Robert Haas/SZ Photo/picture alliance

Również Bogdan Bartnikowski i Barbara Doniecka 20 lat temu rekompensatę otrzymali. Traktują to tylko symbolicznie. – Tego, co przeżyłem, nie da się przełożyć na jakiekolwiek pieniądze. Nie ma jak – mówi Bogdan. Rozżalony specjalnie nie jest, nie uważa, że gest był niewystarczający, czy że Niemcy specjalnie zwlekali. – Żyliśmy w dwóch różnych, wrogich sobie systemach. Ale teraz jest inaczej – podkreśla. – Jest współpraca między naszymi i niemieckimi władzami, wydaje mi się, że całkiem dobra i sądzę, że jakaś pomoc dla byłych więźniów byłaby mile widziana i potrzebna.

Warszawa naciska na Berlin

Konkretnych decyzji w sprawie rekompensat ze strony niemieckiej nadal brak. Ale nie ma co ukrywać, że 1 grudnia br. rząd niemiecki został postawiony niespodziewanie w mocno niekomfortowej sytuacji. – Jeżeli nie uzyskamy szybkiej i jednoznacznej deklaracji Niemiec w sprawie wypłat zadośćuczynień, to rozważę decyzję o wypełnieniu tej potrzeby przez Polskę z własnych środków – zapowiedział Donald Tusk w Berlinie.

Niemcy odebrali te słowa inaczej niż wielu polskich prawicowych polityków i wyborców, łącznie z prezydentem. Niemieckie media mówią o „cynicznej postawie” Berlina i o „silnym nacisku” czy wręcz „szantażu” Warszawy wobec Merza. Niemieccy politycy pytają w kuluarach, czy polski rząd naprawdę zdecydowałby się na tak mocny krok. 

Na arenie międzynarodowej przejęcie kwestii odszkodowań za zbrodnie III Rzeszy dla własnych obywateli przez Warszawę byłoby wielką kompromitacją Berlina. Zwłaszcza, że poparcie dla zadośćuczynienia żyjącym ofiarom jest w niemieckim społeczeństwie silniejsze, niż się to w Polsce wydaje.

Polscy przymusowi pracownicy rolni w Gabsheim w 1942 rokuZdjęcie: Privat

„Żyjemy dla przyszłości”

Dziś w miejscu dawnego obozu pracy w Blankenburg toczy się normalne życie. O obozie i jego mieszkańcach przypominają pamiątkowe tablice tam przy wewnętrznej alejce. Na nich zdjęcia „Arbeitskarten”, legitymacji pracowników przymusowych. Z jednej z nich spogląda poważny, ciemnowłosy chłopak. „Polnische Arbeitskraft aus Gen. Gouvernement”, polska siła robocza z Gen. Gubernatorstwa. Bogdan. Zdjęcia odciski prawego i lewego palca wskazującego. Wieku brak. Oryginał Bogdan Bartnikowski ma nadal w domu. – Może – mówi – kiedyś przekażę ją jakiejś instytucji, ale do śmierci będzie u mnie. – Ważne, że fotokopię może tu zobaczyć każdy, dowiedzieć się, że byliśmy.

Bogdan Bartnikowski przed tablicą pamiątkową z kopią swojej karty pracy w miejscu, gdzie kiedyś stał obóz pracyZdjęcie: Agnieszka Hreczuk/DW

Pamiętać, ale nie zapamiętywać się w przeszłości – to motto Bogdana. – Żyjemy dla przyszłości. I cieszę się, że mamy teraz tak bliskie i dobre kontakty. Tylu Polaków tu mieszka, ale i Niemcy nie tylko inwestują w Polsce, ale i wybierają ją sobie na miejsce życia. I to mnie cieszy. Są polsko-niemieckie małżeństwa. Powinniśmy żyć w zgodzie, jako Europejczycy – mówi.

Kiedy jest w Berlinie, odwiedza Blankenburg i Tiergarten, gdzie pracował na barce, układając cegły. Bardzo blisko miejsca, gdzie dziś leży głaz, poświęcony polskim ofiarom wojny. Trochę to symboliczne, mówi Bogdan Bartnikowski, że miejsce upamiętnienia ofiar jest dziś tam, gdzie on chodził 80 lat temu, jako niewolnik. – To ważne, że jest to upamiętnienie. A tam będzie kiedyś stał ten prawdziwy pomnik – wzrusza ramionami. – Mam nadzieję, że jeszcze tego dożyję.

W tym roku Bogdan skończył 93 lata.

Chcesz skomentować ten artykuł? Zrób to na facebooku! >>

Pomiń następną sekcję Dowiedz się więcej