1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

Cudem przeżył Holokaust. „Jestem nieuleczalnym optymistą”

Katarzyna Domagała-Pereira Getynga | Anna Macioł-Holthausen
15 marca 2026

„Mam niewzruszone, nieuleczalne, optymistyczne podejście do życia” – mówi w wywiadzie dla DW Leon Weintraub, ocalały z Holokaustu.

Leon Weintraub podczas wywiadu z DW
Leon Weintraub przeżył Holokaust. „Jestem optymistą”Zdjęcie: Ania Maciol-Holthausen/DW

DW: Rozmawiamy w Getyndze. Tutaj Pan studiował, założył rodzinę, mieszkał kilka lat. Teraz otrzymuje Pan w tym mieście tytuł doktora honoris causa i Pokojową Nagrodę. Jakie to uczucie?

Leon Weintraub*: Niespodziewane uznanie, nie liczyłem się z tym. Getynga to dla mnie miasto nowego urodzenia. Tutaj od początku studiów stałem się znowu człowiekiem. To było odnowienie po latach udręki, prześladowania, bliskości z chorobami i śmiercią.

Z pomocą armii brytyjskiej, która okupowała Dolną Saksonię, mogłem dostać jedno z miejsc przeznaczonych dla dipisów na Uniwersytecie w Getyndze, na wydziale lekarskim. Na jednym z moich dokumentów widnieje zapis „immatrykulowany 11.11.1946”. Data dla nas, Polaków, bardzo bliska – odzyskania naszej niepodległości w roku 1918. A dla mnie data początku powrotu do życia. Wtedy wstąpiłem na drogę wymarzonego zawodu lekarza - położnika i lekarza chorób kobiecych. Chciałem „pomóc do życia”.

Pokojową Nagrodę Getyngi otrzymała z Panem szkolna inicjatywa „Szkoła bez rasizmu szkoła z odwa”. Pan często spotyka się z uczniami.

- Dzisiaj przed południem też. Zebrało się około 200 uczniów i nauczycieli. Miałem krótkie wystąpienie, a potem godzinę pytań i odpowiedzi.

Leon Weintraub podczas uroczystego wręczenia Pokojowej Nagrody Getyngi 2026Zdjęcie: A. Maciol-Holthausen/DW

O co pytali Pana nastolatkowie?

- Wiele pytań. Nawet na końcu dziewczyna wyznająca islam poruszyła temat izraelsko-palestyński. Ale tak, to pytano mnie, jak dałem radę wytrzymać, jakie miałem warunki w obozie, kontakt z innymi więźniami, codzienność.

A zdarza się, że spotyka Pan też młodych ludzi, którzy negują Holokaust?

- Mam wrażenie, że stoję na ambonie i przemawiam do już przekonanych, bo ci inni nie przychodzą na takie spotkania. A jeżeli są, to nie mają odwagi, żeby to powiedzieć. Ja bym chętnie spotkał osoby innego poglądu, żeby ośmieliły się powiedzieć mi, że ja tego nie przeżyłem.

Jak zapisało się w Pana pamięci obozowe powietrze?

- Smród, palone ciało. Leżeliśmy na pryczach po dziesięć osób. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek miał jakiś prysznic, a jedyne, co było dostępne, to koryto, krany, żeby twarz, ręce zwilżyć.

A zimno?

- Cierpieliśmy, ale widocznie natura ludzka dała radę, żeby ten wygłodniały człowiek, niedożywiony, wyczerpany ciężką pracą przeżył. Ważyłem 35 kilo przy wyzwoleniu. Mieliśmy tylko koszulę, kurtkę i drewniaki. Było okropnie zimno.

Co było najgorsze w obozie?

- To codzienne doznawanie upokorzeń, zaliczenie człowieka do przedmiotu jednorazowego użytku. Pozwolono żyć, dopóki człowiek był przydatny, mógł wykonywać wydane rozkazy. A likwidowany w momencie, kiedy nie był w stanie wykonywać poleceń. Zlikwidowany jak przedmiot jednorazowego użytku.

Czy jest jakieś wspomnienie obozowe, którego nie potrafi Pan zapomnieć?

- To wydarzenie z Dörnhau, podobozu Gross-Rosen. Trafiłem do niego po umknięciu z Auschwitz-Birkenau, gdy potajemnie wmieszałem się do transportu więźniów kierowanych do innego obozu.

Wojenne dokumenty Leona Weintrauba Zdjęcie: Ania Maciol-Holthausen/DW

Pewnego dnia wracamy w Dörnhau z pracy i przed bramą do obozu sporo ludzi, dwóch esesmanów, między nimi dwóch więźniów – jeden dorosły, wysoki, a drugi – taki chłopaczek mojej postury. Ledwo weszliśmy do baraków, a tu już zbiórka na placu apelowym. Stała tam szubienica i były dwie pętle. Przyprowadzono tych dwóch nieszczęśników, esesman ogłosił, że złapano ich na próbie ucieczki i zostaną powieszeni.

To nie byłoby nic szczególnego, ponieważ zabijanie ludzi było codziennością. Życie było wyjątkowe w tych czasach. Ledwie usunięto stołeczki pod ich stopami, oboje padli na ziemię, jakieś stare były te sznury, zmurszałe. I urwały się. Przyniesiono nowe, zrobiono pętle i tym razem już zawiśli. Zdjęto ich na ziemię, położono i lekarz obozowy podszedł osłuchać. Widzę, jak wzywa lagerführera i szepcze mu coś do ucha. Ten wyjmuje swój pistolet i obu daje jeszcze strzał w skroń. Jeszcze mieli oznaki życia, jeszcze nie umarli po tym podwójnym powieszeniu.

Takich przeżyć nie można zapomnieć.

Do Auschwitz trafiły z Panem też matka i trzy siostry. Myślał Pan o nich, będąc tam?

- W getcie Litzmannstadt w naszym mieście Łodzi, jakby nie było ciężko, to byliśmy razem z rodziną i to ciepło rodzinne miało wielkie znaczenia. No i dla mnie było zaskoczeniem przykrym, że nie mam w pamięci momentu, żebym się zastanawiał, co się stało z mamą i siostrami.

Niemiecki nazistowski obóz zagłady Auschwitz-BirkenauZdjęcie: Beata Zawrzel/AP Photo/picture alliance

Jak Pan sobie to tłumaczy? Jako dowód, że obóz odczłowiecza?

- Wyczerpanie fizyczne. A po drugie odruchowo otoczyłem się jakby przejrzystą zasłoną, żeby nie dopuścić do siebie tego złego. Bo gdybym świadomie to wszystko przeżył, to nie dałbym rady. I widocznie to wyłączenie od środowiska dotyczyło także więzi z moimi najbliższymi.

Cierpiał Pan głód. 

Przez pięć lat, siedem miesięcy i trzy tygodnie – za jednym jedynym wyjątkiem – cierpiałem z braku pożywienia. Nie mogłem zasnąć z bólu w dołku. Budzić się rano z bólem i jedyna myśl to jak napełnić żołądek. Dzisiaj słowo, które zaczyna się na „g” i kończy na „d”, jest mi obce. Ja nigdy tego słowa nie używam. Zdarza się ludziom, że w czasie obiadowym są tak zajęci, że przeskoczą lunch i wieczorem twierdzą, że są tak bardzo… (głodni – red.). Ja to nazywam tylko zwiększonym apetytem, a słowo, które wspomniałem, jest w moim pojęciu zupełnie czymś innym.

To już kolejne słowo, które wykreślił Pan ze swojego słownika. Nie ma tam już ów „nienawiść” i „narzekanie”. Jakich jeszcze?

- Rewanż. Ponieważ to biblijne oko za oko mi nie odpowiada jako lekarzowi i humaniście. Gdybym to samo zrobił tym, którzy mnie skrzywdzili, to zniżyłbym się do ich poziomu, a tego nie chcę.

A co ze słowem „przebaczenie”? Swoją książkę zatytułował Pan „Pojednanie ze złem”. Więc pojednanie, a nie przebaczenie?

- Jak mógłbym wybaczyć esesmanowi, który wsypał cyklon i zamordował moją mamę i 80 procent moich najbliższych. To nie wchodzi w rachubę.

Mówiąc o cierpieniu z braku pożywienia, wspomniał Pan o jednym wyjątku w czasie wojny. Co to był za dzień?

- Jeden jedyny, kiedy najadłem się do syta. Pracowałem przy instalacjach w Górach Sowich i pewnego dnia kierownik robót pokazał pismo, że musi mnie zabrać jako fachowca w sprawie materiałów potrzebnych do pracy. Ale to był tylko pretekst. Przyjechaliśmy do miasta. To mógł być Wałbrzych. I zamiast u jakiegoś grosisty, w jakimś magazynie materiałów elektrycznych otworzyła nam młoda kobieta. Zostałem usadzony w kuchni przed michą zupy. Taki stos chleba! I jadłem, jadłem, jadłem i tylko ręce to nieba wznosiłem, żeby oni w sypialni jak najdłużej się zabawiali. Żebym jak najdłużej oddychał innym powietrzem niż obozowe. To był jedyny dzień od września 1939 roku do wyzwolenia około 20 kwietnia 1945 roku, kiedy najadłem się do syta.

Jak Pan zapamiętał moment wyzwolenia?

- Pociąg, w którym byliśmy przewożeni, został zbombardowany, lokomotywa uszkodzona, wygnano nas z wagonów. Były tam górki, bo to Schwarzwald. Nagle esesmani zniknęli. Przykucnęliśmy w krzakach, po czym poszliśmy w odwrotnym kierunku. Przyjechała nowa lokomotywa i pociąg odjechał. Plan był taki, żeby pociąg z zawartością zatopić w Jeziorze Bodeńskim.

Miałem tyfus. Trafiłem na leczenie, a potem z przypadkowo poznaną grupą ocalałych udałem się do Konstancji. Tam dowiedziałem się, że moje trzy siostry przeżyły i pojechałem do Bergen-Belsen. Stamtąd do Getyngi.

Leon Weintraub Zdjęcie: Ania Maciol-Holthausen/DW

Ile czasu minęło, zanim po wojnie pojechał Pan do Auschwitz i stanął znowu w tym miejscu? 

- To było dopiero w czasie mojej pierwszej pracy w klinice położnictwa i chorób kobiecych w Warszawie. Miałem telefon z ministerstwa zdrowia, że są goście z NRD i poproszono mnie, żebym im towarzyszył. Wtedy byłem po raz pierwszy, ale bez jakiegoś wielkiego emocjonalnego poruszenia.

Jak Pan to sobie tłumaczy?

- Jestem racjonalistą. Te lata cierpienia, udręki i poniżenia opracowałem, a intensywność mojego życia była tak wielka, że to nie przeważało, nie było czarną chmurą, która zaciemnia słońce.

Bo proszę sobie wyobrazić: na studia odważyłem się iść po sześciu latach szkoły powszechnej. Był szereg warunków, ale udało mi się studia ukończyć. To był sinus cosinus, były różne przeszkody, zaczynałem od zera wiele razy, uzupełniałem maturę, kiedy po dwóch latach studiów odkryli, że nie mam matury. Do egzaminu maturalnego podchodziłem w Hanowerze jako eksternista. Zdałem i potem kończyłem studia w Warszawie. Następnie praca w klinice, doktorat, wygranie konkursu na ordynatora. To były najlepsze lata mojego życia.

Aż do marca 1968 roku.

- Przyszły protesty studenckie w Warszawie. Kozły ofiarne się znalazły – my, Polacy żydowskiego pochodzenia. Straciłem pracę. I wówczas pozwolono nam opuścić kraj pod warunkiem zrzeczenia się obywatelstwa i obowiązkowego uzyskania wizy wjazdowej do Izraela za pośrednictwem ambasady holenderskiej. Dla mnie Izrael, pomimo, że miałem tam siostrę i rodzinę, nie wchodził w rachubę, ponieważ miałem trzech synów. Musieliby pójść do wojska, a ja nie chciałem ich narażać na uszkodzenie ciała lub śmierć. W czasie wojny z 80 osób moich najbliższych krewnych przeżyło tylko 16. Cztery piąte wymordowano.

Byłem egoistą i powiedziałem, że do Izraela nie mogę. A osiedlenie się w Niemczech było dla mnie wówczas niemożliwe. Pomimo żony z Berlina i studiów w tym kraju.

Rodzina Leona Weintrauba po wojnie: z 80 bliskich ocalało jedynie 16 Zdjęcie: Ania Maciol-Holthausen/DW

Chodziło o to, że to kraj sprawców?

- Tak. Było nie do pomyślenia, żebym siedział na tej ziemi. Dlatego wybrałam Szwecję, kraj neutralny, który z otwartymi ramionami przyjął mnie i innych lekarzy. Po niecałych trzech miesiącach zaliczyłem język szwedzki i posłali mnie do pracy pod krąg polarny na dalekiej północy, a rodzina została w Sztokholmie. W Boże Narodzenie 1970 roku zmarła moja żona Katja Hoff – wspaniała tłumaczka na niemiecki z polskiego i rosyjskiego, tłumaczka dzieł Janusza Korczaka.

Sześć lat później ożeniłem się z Evamarią, która wychowała się tylko 30 km od Getyngi, a spotkaliśmy się w roku 1970 w Sztokholmie. Mamy piękną córkę Emilię – nie od Emilii Plater – tylko od pierwszych liter imion Evamaria i Leon. Jest ordynatorem położnictwa i chorób kobiecych w Instytucie Karolinska w Sztokholmie.

Przeżył Pan bardzo wiele – okropności drugiej wojny światowej, śmierć żony, rak…

- Trzy.

Trzy nowotwory? I pozostaje Pan optymistą!

- Bo mam taką naturę. Trudności są do przezwyciężenia, a nie do ulegania. Jestem racjonalistą. Z racji mojego zawodu łatwo mi było poznać wszystkie objawy moich raków i stąd wyleczenie. Już blisko 20 lat od jednego raka, w przypadku drugiego już przestali mi robić kontrole, a trzeci mam tutaj, na czole, skórny. Nie był bardzo agresywny. I mi się udaje o tym w ogóle nie myśleć.

A może oswoił się Pan ze śmiercią?

- Możliwe, ale nieświadomie. Szybko poznałem, że coś jest nie w porządku z daną częścią ciała. Koledzy się mną zajęli i wyleczyli. I o tym nie myślę. Ja mam niewzruszone, nieuleczalne, optymistyczne podejście do życia. Dla mnie szklanka nie jest do połowy pusta, tylko do połowy pełna.

I potrafi Pan zarażać tym optymizmem, bo ja często myślę o tym, co mi Pan kiedyś powiedział, że wszystko da się jakoś załatwić, o ile to nie jest śmierć albo nieuleczalna choroba.

- Dla mnie nie ma problemu poza chorobą i śmiercią. Wszystko inne to są sprawy do załatwienia. Holenderska gazeta napisała kilka lat temu, że dla doktora Weintrauba po Auschwitz-Birkenau nie ma słowa „narzekać”. Bo jak śmiałbym narzekać na cokolwiek po tym, co jest nieporównywalnie lepsze od tego, cośmy przeżyli.

A zresztą – jako lekarz – wiem, że nasz mózg ma takie właściwości, że nie daje rady dłuższy czas być na wysokim napięciu. To się popularnie nazywa, że „czas goi wszelkie rany”. Wiedząc, że to, co było, nie da się odwrócić, postanowiłem sobie, że zamiast narzekać i cierpieć z tego powodu, lepiej zbierać siły na lepszą sytuację i spotkanie kolejnych trudności. 

A jak to jest z perspektywy czasu z niechęcią do Niemiec? Bo nie chciał się Pan w Niemczech osiedlać, ale swoje serce oddał Pan Niemkom.

- Ja rozróżniam ludzi i instytucje czy państwa. Państwo niemieckie, nawet demokratyczne dla mnie było jednak związane z krajem sprawców – do pewnego czasu. Kiedy studiowałem w Getyndze i jeździłem do Marburga, gdzie pobrały się moje kuzynki, to wzdrygałem się, że jestem wśród Niemców. Ale to już dawno minęło. Mam w Niemczech przyjaciół, setki oddanych mi ludzi.

A Polska jest jeszcze w jakimś sensie Pana domem?

- Nie w jakimś sensie, tylko oczywistym domem. Pomimo tych wszystkich negatywnych przejść, pomimo bardzo ubogiego dzieciństwa, to jest miejsce moich urodzin. To jest ta mowa polska, kultura, w której wyrosłem. Nie mam wyłącznie jednego miejsca na świecie. Jestem w domu tam, gdzie mam miłych, oddanych mi ludzi. Polska to mój kraj, jestem w domu. W ubiegłym roku otrzymałem tytuł Honorowego Obywatela Łodzi. To jest dla mnie odznaczenie niesłychanej wagi.

W Niemczech „spotkał się” Pan ze swoim hologramem. Wszedł Pan do sali i tam już siedział na scenie Leon Weintraub jako hologram? Jakie to było uczucie?

- Zaskoczenie, zdumienie, ale także poczucie szczęścia i zadowolenia, że to, co przeżyłem, nie zapadnie w niepamięć.

*Dr Leon Weintraub urodził się w 1926 roku w Łodzi. W sierpniu 1944 roku wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz-Birkenau. Potem przebywał w obozach koncentracyjnych Dörnhau (podobóz Gross-Rosen), Flossenbürg i Offenburg. Po wojnie studiował medycynę w Getyndze. W 1950 roku wrócił do Polski i dokończył studia medyczne. W 1969 roku, na skutek rosnącego antysemityzmu w Polsce, wyjechał z trzema synami do Szwecji i osiadł tam na stałe. Mieszka w Sztokholmie. Z drugą żoną – Evamarią – ma córkę. 1 stycznia 2026 roku skończył 100 lat. 

Ocalały z Holokaustu Leon Weintraub. Nieuleczalny optymista

05:00

This browser does not support the video element.