Kafejka wielu kultur. Polka stawia językowe mosty w Berlinie
14 marca 2026
– Nauczanie na lekcji ma swoje granice. Dopiero stworzenie przestrzeni, w której język może zaistnieć, pozwala mu żyć – mówi Agata – Zbudowanie tego miejsca było po części sposobem, by te bariery przełamać.
Polska oaza w stolicy Niemiec
– Nie chciałam, żeby moje dzieci odbierały mnie jako coś egzotycznego, gdy mówiłam do nich po polsku. Funkcjonując w bardzo niemieckim środowisku, zdałam sobie sprawę, że sama nie dam rady ich wychować dwujęzycznie – opowiada założycielka SprachCafé Polnisch, Agata Koch.
Pierwsze kafejkowe zebranie zorganizowała w czerwcu 2012 roku. – Chciałam dowiedzieć się, czy w tym rejonie miasta mieszkają osoby, które zainteresowane byłyby spotkaniami o tematyce związanej z Polską – mówi. Agata w Berlinie mieszka od 1990 roku, ale w północnej dzielnicy miasta Pankow była wtedy nowa. Na jej otwarte zaproszenie do sąsiedzkiego centrum przyszło 16 osób, wśród nich mama z przedszkola córki Agaty. Wcześniej we dwójkę zorganizowały tam zabawy z polskimi piosenkami i baśniami, które pomogły córce tej drugiej odnaleźć się w niemieckiej grupie.
Oprócz Polaków pojawili się Niemcy oraz kilka osób z innych krajów. – Był ktoś z lokalnej administracji, matki, zarówno młodszych, jak i starszych dzieci – przypomina sobie Agata. – Nawet jeden senior: Arno przeczytał o wydarzeniu gdzieś w gazetce osiedlowej – wyjaśnia.
Zaczęło się od oferty dla dzieci, ale z najmłodszymi przychodzili rodzice i dziadkowie. Kafejka szybko nabrała wielopokoleniowego charakteru.
– To było piękne, gdy ludzie odkrywali siebie nawzajem. – Przez pewien czas Agata wahała się, czy zostawić pracę freelancerską tłumaczki i lektorki języka na rzecz rozwijania konceptu Kafejki. – Działałam trochę jak na hamulcu ręcznym – śmieje się. – Ale było tyle ciekawych ludzi, tyle historii i tematów, których nie można było tak po prostu zostawić.
Po niecałym roku SprachCafé dostało od Towarzystwa Polsko-Niemieckiego propozycję zorganizowania pikniku letniego. Agata wspomina zdziwienie i ekscytację, z jaką przyjęła wiadomość. To było jedno z pierwszych poważnych wydarzeń, w jakich mieli wziąć udział. W 2016 roku zarejestrowali się jako stowarzyszenie. Nikt z zespołu nie miał wcześniej doświadczenia z prowadzeniem przestrzeni kulturowej czy kawiarni. Uczyli się na poczekaniu.
W grudniu 2017 roku udało im się zdobyć na Pankow stałe lokum. – Pamiętam, jak weszliśmy tutaj – wskazuje wokół. – Te pomieszczenia były od trzech lat nieużywane. Ciemne, brudne, zakurzone. Tam z tyłu zwisała z sufitu pojedyncza żarówka. – W styczniu zaczęło pojawiać się więcej słońca, a wraz ze światłem przyszła energia do pracy. Ekipa nie dysponowała dużymi środkami na remont. Etapami sami zaczęli odświeżać lokal. Malowali ściany, zbierali elementy wyposażenia, część nawet z ulicznej półki sąsiedzkiej do wymiany rzeczy. – Niektórzy podarowali sprzęty z własnych domów. Ale z wyczuciem, nie na zasadzie odgruzowywania mieszkania – podkreśla Agata. – Do dzisiaj pamiętam, który mebel jest od kogo – uśmiecha się. – Są osoby, które tu wchodzą, rozglądają się i widzą: ich fotel wciąż stoi.
Mozaika kultur
W Kafejce regularnie odbywają się zajęcia języka polskiego, warsztaty artystyczne, pisarskie, biznesowe, a także program kulturalny – koncerty czy spotkania autorskie. Ideą miejsca jest partycypacja, a Kafejka stanowi platformę do współtworzenia wydarzeń.
Co miesiąc SprachCafé Polnisch zaprasza na „Polskie Śniadanie”. Wydarzenie gromadzi nie tylko Polaków – zjawiają się też przedstawiciele innych narodowości, np. osoby z Ukrainy, Niemcy o polskich korzeniach lub po prostu zainteresowani kulturą lub relacjami sąsiedzkimi obu krajów.
Międzykulturowy dialog w Kafejce uzupełnia też kameralny klub książkowy w języku angielskim. Uczestniczki pochodzą z różnych kontynentów i kultur: Polski, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Japonii, Hiszpanii; zaprzyjaźniły się i wspólnie czytają międzynarodową literaturę.
Dwa wieczory w miesiącu wolontariuszki Joanna i Natalia zamieniają Kafejkę w przestrzeń wielojęzycznych rozmów w formule „SpeakDating”. Joanna mieszka w Berlinie od ośmiu lat i do SprachCafé trafiła rok temu dzięki propozycji dzielnicowego biura wolontariatu. Natalia jest w stolicy od wczesnych lat 90; Kafejkę zna od ponad dekady, kiedy jej mąż natknął się na ogłoszenie w lokalnym piśmie. W animację spotkań angażuje się od kilku lat. – Tęskniłam za rozmowami w ojczystym języku – uśmiecha się.
Uczestnicy wnoszą ze sobą różne języki i rozmawiają w kilkunastominutowych rundach. Jan dorastał we Frankfurcie nad Menem w niemiecko-polskiej rodzinie. W domu nauczył się drugiego rodzimego języka, ale nikt go nigdy nie poprawiał. W Kafejce szlifuje polski, czasem prowadzi też konwersacje po francusku czy angielsku. Poznał ludzi z różnych państw i o ciekawych doświadczeniach; tu dowiedział się o polskim teatrze improwizowanym w okolicy, do którego również dołączył.
Zaprzyjaźnił się tutaj z Pawłem, który mieszka w okolicy i kiedyś przypadkowo odkrył SprachCafé spacerując inną ulicą niż zwykle. Ten śmieje się, że przychodzi „podbijać frekwencję”. Wcześniej mieszkał w Anglii i twierdzi, że w Niemczech Polacy tworzą bardziej zgraną społeczność niż w Wielkiej Brytanii.
Magda urodziła się w Krakowie, ale wychowała w Niemczech. Na „SpeakDatingu” ćwiczy swój polski. A Olgierd z Moskwy od pięciu lat mieszka w Berlinie. Zna już dwa germańskie języki i postanowił, że czas na drugi język słowiański – wybór padł na polski.
Z Lublina do Berlina
– Ja pochodzę z Lubelszczyzny i do dzisiaj nie udało mi się rozsupłać tej zagadki mojego życia: dlaczego niemiecki? – Agata opowiada, jak w liceum zafascynowana tym językiem chadzała przeglądać niemiecką prasę do czytelni Empiku, gdzie spędzała godziny. – To był jedyny czas, gdy regularnie czytałam magazyny „Stern” i „Spiegel”. Na deser zamawiałam sobie zawsze jakieś czasopismo modowe, np. „Freundin”. To był odjazd w inny świat – wspomina. W gazetach nawet reklamy zachwycały kolorami i różnorodnością, tak odmienne od szarych realiów PRL. – Czy to pasta do zębów, czy proszek do prania. A ta utopia gdzieś tam w świecie istniała.
Na początku lat 80. Agata zdała maturę i zdobyła jedno z niewielu miejsc na studiach polonistyczno-germanistycznych w Lipsku. – Pamiętam, jak wysiadłam z pociągu i nic nie rozumiałam. – Ludzie na ulicy mówili w dialekcie skasońskim. – Przez dwa tygodnie nie rozpakowałam walizki. Nie wiedziałam, co to będzie – opowiada. – Ale potem zaczęła się uczelnia i okazało się, że ludzie rozmawiają też takim literackim językiem.
Lipsk już w tamtych czasach był, dzięki społeczności akademickiej, międzynarodowym miastem. Agata poznała studentów z USA, ze Szwajcarii; pierwszy raz próbowała chińskiej kuchni w akademiku u znajomych. Przyjeżdżając do Polski, zwłaszcza na początku, nie opowiadała zbyt wiele. – Po prostu nie potrafiłam znaleźć słów na opisanie mojej nowej codzienności. Wszyscy dopytywali, jak tam się żyje. Może nie był to szok kulturowy, ale jednak inna rzeczywistość – wspomina.
– Ale i tak oba światy były i są moje – kontynuuje Agata. – Wielojęzyczność to jak mieć spodnie i spódnicę: raz jedno, raz drugie – i w porządku. Tak samo jest z językiem.
Nie tylko Polonia
W 2024 roku w Niemczech mieszkało ponad 2,2 mln osób o polskich korzeniach. Więcej niż 860 tys. z nich z polskim paszportem. W samym Berlinie – ponad 50 tys.
Ale polski w Niemczech nie jest tylko językiem migrantów. Przed założeniem Kafejki Agata uczyła go również Niemców. – W tych grupach była niesamowita energia – wspomina. – Niektórzy z dawnych kursantów do dziś wpadają na śniadania do Kafejki.
Motywacje są różne. Czasem chodzi o pracę, częściej o pasję albo zwykłą ciekawość sąsiedniego kraju. Są młodzi, którzy planują wyjazd lub chcą lepiej poznać kulturę regionu. – Zdarzają się też starsi z potrzebą nadrobienia czegoś, czego wcześniej nie było im dane, bo historia ich rodzin i państw potoczyła się tak, a nie inaczej – mówi Agata. – A bardzo często katalizatorem jest miłość.
Arno, ten sam, który pojawił się na pierwszym spotkaniu Kafejki, przez lata aktywnie uczestniczył w przedsięwzięciach. Wkrótce skończy 91 lat. Od ponad roku mieszka w domu opieki. – Ostatnio wysłaliśmy newsletter i od razu zadzwonił – opowiada Agata. – Powiedział: „Słuchaj, wy takie fajne rzeczy tu robicie. A ja już nie mogę do was przyjść”.
Senior polskiego nauczył się jako dorosły, samodzielnie. – Nie mówi perfekcyjnie, ale w tym jego polskim jest tyle pozytywnych emocji, pewnie jakieś dawne miłości, o których nigdy nam do końca nie opowiadał… Widać, że ten język wiele w nim porusza – zachwyca się Agata.
– Można się języka teoretycznie wyuczyć, ale bez emocji nie działa – dodaje założycielka SprachCafé. – Trzeba nim żyć, trochę jak dzieci: przez obraz, ruch, pisanie, czy inne kreatywne działania.
Nowe adresy?
Na organizacyjnej grupie Whatsappowej jest ponad 60 osób, ale społeczność wokół Kafejki jest znacznie większa. Niektórzy śledzą media społecznościowe i są na bieżąco, choć na wydarzenia nie przychodzą zbyt często.
– Z początku w ogóle nie podejrzewałam, że ta moja potrzeba, aby moja rodzina miała taką polską otoczkę językowo-kulturową, przekształci się w coś takiego – mówi Agata. – To wydaje mi się trochę nierzeczywiste: myślałam, że poznam kilka osób, pospędzamy miło czas. Nie wybiegałam planami dalej.
Oprócz stałej lokalizacji w Pankow, SprachCafé ma jeszcze oddział w dzielnicy Schöneberg oraz niedawno zapoczątkowaną filię w Köpenick. Znalezienie lokalu nie jest proste, więc w tych dwóch rejonach wydarzenia Kafejki najczęściej odbywają się w wynajętych przestrzeniach centrów sąsiedzkich lub innych ośrodków kultury. – Stały adres to rodzaj zakotwiczenia, ludzie wiedzą, dokąd mogą przyjść – zauważa Agata. W tamtych częściach miasta też jest zapotrzebowanie na ofertę Kafejki i chęć podobnego działania. – Coraz częściej zespół dostaje zapytania, kiedy otworzą się nowe siedziby. Na razie jedyne, co możemy odpowiadać, to że jesteśmy w trakcie… ale za każdym z takich telefonów stoją ludzie, którzy czekają – dodaje.