Niemcy: od emigracji do imigracji
6 września 2026
„Napływają masowo i nigdy nie przyjmą naszego języka ani obyczajów… Wkrótce przewyższą nas liczebnie… a nawet nasz rząd zacznie się chwiać”. Mogłoby się wydawać, że te słowa o uchodźcach i osobach ubiegających się o azyl padły z ust przedstawicieli populistyczno-prawicowej partii AfD , jednak tymi, których tak ostro oskarża się tutaj o opór przed integracją, są Niemcy.
Ten surowy wyrok wydał w XVIII wieku Benjamin Franklin, jeden z ojców założycieli USA– współodpowiedzialny za deklarację wotum w Deklaracji Niepodległości: „...że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że stwórca obdarzył ich pewnymi niezbywalnymi prawami, do których należą życie, wolność i dążenie do szczęścia”.
Kierunek: Nowy Świat
To właśnie dążenie do szczęścia i lepszego życia skłaniało przez stulecia niezliczone rzesze do opuszczenia ojczyzny. Ucieczka przed wojną, prześladowaniami politycznymi czy dyskryminacją ze względu na religię, pochodzenie lub orientację seksualną zmusza ludzi do wyjazdu w nieznane tak samo, jak klęski żywiołowe, bieda i brak perspektyw.
– Migracja nie jest więc w żaden sposób zjawiskiem współczesnym, lecz normalnym elementem ludzkiej egzystencji – potwierdza historyk i badacz migracji Jochen Oltmer. Jak dodaje, odkąd homo sapiens opuścił Afrykę około 100 tysięcy do 120 tysięcy lat temu i rozprzestrzenił się po całym świecie, zjawisko to na stałe wpisało się w historię ludzkości.
Liczba Niemców, którzy wyjechali do Ameryki za życia Franklina, była jeszcze umiarkowana – do 1820 roku było to zaledwie 150 tysięcy osób. Nierzadko do wyjazdu namawiali ich rodacy, którzy chwalili się swoimi rzekomymi sukcesami na emigracji i opowiadali o bogactwie, jakiego dorobili się w krótkim czasie. Większość migrantów nie miała jednak pojęcia, że werbownicy otrzymywali zapłatę za każdą pozyskaną osobę.
Dziś nazwalibyśmy ich przemytnikami ludzi, którzy obiecują gruszki na wierzbie osobom chcącym wyemigrować. Wyjątkowo niebezpieczne przeprawy na przepełnionych pontonach również przypominają dawne czasy. – Podróż żaglowcem kosztowała mniej więcej tyle, ile wynosiły roczne zarobki rzemieślnika. Aby móc sobie na to pozwolić, rodziny musiały wyprzedać cały swój dobytek – opowiada Simone Blaschka z Niemieckiego Domu Emigranta w Bremerhaven.
Podróż w nieznane
Prawdopodobnie ledwo zdawali sobie sprawę z tego, co czeka ich podczas trwającej miesiącami podróży: stłoczeni pod pokładem na skrajnie małej przestrzeni, nękani przez pchły, pluskwy i szczury. Prowiant składał się głównie z twardych jak kamień sucharów wojskowych, słonego mięsa i zepsutej papki, a często skażona woda pitna miała stęchły smak. Ludzie masowo chorowali na czerwonkę, tyfus, ospę i szkorbut.
W książce pt. „Podróż do Pensylwanii w roku 1750” nauczyciel i organista Gottfried Mittelberger relacjonował w 1756 roku to, czego doświadczył podczas zamorskiej wyprawy: „Wielu ludzi żałośnie jęczy, wzdycha i płacze za ojczyzną, a u większości dochodzi do tego jeszcze tęsknota za domem, przez co w tej nędzy setki ludzi nieuchronnie marnieją, umierają i muszą być wrzuceni do morza”.
Po dopłynięciu do Ameryki większość jego współpasażerów była dosłownie licytowana – mowa o biedakach, którzy mogli płynąć statkami za darmo, pod warunkiem podpisania zobowiązania do kilkuletniej pracy za długi (niewoli kontraktowej). W Ameryce handlowano tymi umowami: rodziny były rozdzielane, a rodzice czuli się zmuszeni sprzedawać własne dzieci – pisał Mittelberger.
Zaproszenie od carskiej carycy
W tym samym czasie, gdy pierwsi migranci ruszali do Ameryki, duża fala emigracyjna zmierzała na wschód: odpowiedzieli oni na wezwanie rosyjskiej carycy Katarzyny Wielkiej. 22 lipca 1763 roku wydała ona manifest powitalny, wzywający ludzi do przybycia do Rosji. Jej celem było zagospodarowanie bezludnych obszarów. Obiecała nowo przybyłym darmowy transport do wybranego miejsca zamieszkania, bezpłatną ziemię, zwolnienie z podatków przez pierwsze lata, zwolnienie ze służby wojskowej, dostęp do edukacji szkolnej oraz specjalny status polityczny. Dzięki temu mogli zachować język niemiecki i w dużej mierze rządzić się sami.
W XIX wieku kontynent amerykański ponownie stał się jednak celem marzeń numer jeden: – Populacja w Niemczech w XIX wieku prawie się podwoiła, łatwo więc sobie wyobrazić, co działo się na rynku pracy. Ludzie nie widzieli przyszłości dla siebie i swoich dzieci, dlatego decydowali się na emigrację – mówi Simone Blaschka. Do tego doszły nieurodzaje i klęski głodu.
Około sześciu milionów Niemców wyruszyło do Nowego Świata – skuszonych między innymi wydanym w 1832 roku przez W. E. Eggerlinga poradnikiem dla emigrantów „Krótki opis Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej”, w którym zachwycał się on: „Człowiek praworządny, mądry i przedsiębiorczy nigdzie nie żyje tak dobrze, tak wolno i tak szczęśliwie jak w Ameryce; najuboższy żyje tam lepiej niż ten, kto w Europie stoi o dwa szczeble wyżej”.
Migracja: obciążenie czy wzbogacenie?
Niemcy nie byli bynajmniej jedynymi, którzy opuszczali swoją ojczyznę. – Od początku XIX wieku do I wojny światowej mamy do czynienia prawdopodobnie z około 60 milionami Europejczyków, którzy opuścili ten kontynent – mówi Oltmer. W połowie XX wieku karta się odwróciła: Europa z kontynentu emigracyjnego stała się kontynentem imigracyjnym.
Jak ocenia historyk i badacz migracji, pytanie, na ile migracja stanowi raczej obciążenie, czy też raczej wzbogacenie, jest bezpośrednio powiązane z kwestiami rozwoju gospodarki i rynku pracy. – Jeśli spojrzenie na perspektywy własnego społeczeństwa jest raczej pozytywne, to i stosunek do migracji jest bardziej przychylny. Jeśli oczekiwania co do przyszłości są raczej negatywne, wówczas pogarsza się również nastawienie do migrantów – zauważa.
W czasach cudu gospodarczego w młodej Republice Federalnej Niemiec w latach 50. i 60. przyszłość rysowała się głównie w jasnych barwach. Od 1956 roku na dworcach w Stuttgarcie, Dortmundzie czy Kolonii zaczęły zatrzymywać się tak zwane „pociągi z robotnikami zagranicznymi” (Gastarbeiterzüge). Na ich pokładzie znajdowali się Włosi, Grecy, Hiszpanie, Portugalczycy, Jugosłowianie czy Turcy – zwerbowani obiecującymi perspektywami dobrze płatnej pracy. Do momentu wstrzymania naboru w 1973 roku do Niemiec Zachodnich przybyło łącznie około 14 milionów „robotników zagranicznych” (Gastarbeiterów), z czego około trzy miliony pozostały tam na stałe.
Błędne założenie rządu Niemiec: „Nie jesteśmy krajem imigranckim”
Mimo to Niemcy nie uważały się za kraj imigrancki: – Przez bardzo długi czas mierzyliśmy się z przekonaniem, że bez względu na powody, dla których ludzie przybyli do RFN, nie są oni stąd, ponieważ i tak prędzej czy później opuszczą kraj. A skoro znowu wyjadą, nie ma też potrzeby w żaden sposób się nimi zajmować – wyjaśnia badacz migracji.
Według Federalnego Urzędu Statystycznego w 2025 roku ponad 30 procent całej populacji Niemiec miało tło migracyjne. To, że wielu przedstawicieli pokolenia wnuków czy prawnuków wciąż nie czuje się u siebie, wynika z nastawienia społeczeństwa przyjmującego. – Prawdziwa akceptacja istniała tylko w bardzo ograniczonym stopniu; jeśli w ogóle się pojawiała, to w dużej mierze trzeba było ją sobie wywalczyć – zaznacza rozmówca DW.
Kto jest mile widziany, a kto nie?
W obliczu dotkliwego braku rąk do pracy Niemcy zabiegają dziś o dobrze wykwalifikowanych pracowników z zagranicy. Z kolei uchodźcy otrzymują azyl tylko wtedy, gdy w swojej ojczyźnie doświadczają prześladowań politycznych.
Jochen Oltmer, badacz procesów migracyjnych, regularnie bada przyczyny, dla których jedni migranci są akceptowani przez społeczeństwo, a inni nie. Pytanie to powróciło z pełną mocą w 2015 roku, gdy do Niemiec zaczęła napływać fala uchodźców. – Mówiono wtedy: 'Dobrze, wy, obywatele Syrii, ze względu na trwającą tam wojnę domową macie prawo do ochrony'. Jednocześnie jednak to samo społeczeństwo, patrząc na przybyszów z Afganistanu, dawało do zrozumienia: 'W waszym przypadku podchodzimy do sprawy z nieco większym dystansem' – mówi ekspert.
Migracja i azyl to tematy, które w Niemczech – podobnie jak w innych krajach europejskich – od lat nie schodzą z wokandy politycznej. Zdaniem Oltmera zadaniem polityków jest umiejętne moderowanie tej dyskusji. Podkreśla on, że osoby ubiegające się o azyl stanowią zaledwie dziesięć procent ogółu migrantów przybywających do Niemiec, a zdecydowana większość przyjazdów nie ma nic wspólnego z ucieczką przed wojną czy prześladowaniami.
Potomkowie niemieckich emigrantów, których Benjamin Franklin nazwał niegdyś pogardliwie „palatynackimi prostakami”, już dawno doskonale wtopili się w amerykańskie społeczeństwo.
W Niemczech integracja przebiega jednak o wiele oporniej. Oltmer mówi wręcz o „spektakularnym spóźnieniu”. – Wielu ludzi nie ma możliwości uregulowania statusu prawnego i uzyskania stałego prawa pobytu, mimo że wszyscy zainteresowani wiedzą, iż te osoby mogą i na pewno tutaj zostaną – zauważa. Zdaniem badacza konieczne jest pilne podjęcie dialogu i ustalenie, jak ma wyglądać niemieckie społeczeństwo przyszłości. „To nie jest dyskusja, którą można toczyć w miłej atmosferze we własnej bańce informacyjnej. W skrajnych przypadkach bywa ona niezwykle twarda, a nawet raniąca. Innej drogi jednak nie ma”.
Artykuł ukazał się pierwotnie na stronach Redakcji Niemieckiej DW.