1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW
LiteraturaNiemcy

Renate Schmidgall: „Polska poezja jest mi bliższa”

25 września 2025

„Przeczytałam w swoim życiu o wiele więcej polskiej poezji niż niemieckiej” – mówi Renate Schmidgall*. Wybitna tłumaczka i poetka opowiada o swojej fascynacji polską literaturą i emocjonalnej więzi z Polską

Portret Renate Schmidgall
Renate Schmidgall - tłumaczka literatury polskiej na niemiecki i poetka Zdjęcie: Edyta Dufaj/Polish Book Institute

DW: Jako tłumaczka literatury została pani uhonorowana najważniejszymi nagrodami. Aktualne wyróżnienie w Heidelbergu – Nagroda Ginkgo Biloba za przekłady poezji – zbiega się w czasie z wydaniem pani własnego tomu wierszy „Kein Verlass auf Uhren und Gestirne” (tłum. Nie wierzyć zegarom i gwiazdom) w wydawnictwie Secession. Ponad 140-stronicowa książka mogłaby wypełnić kilka tomów poetyckich. Co panią powstrzymywało przed wcześniejszą publikacją książkową w Niemczech?

Renate Schmidgall*: Pierwsze moje wiersze powstały już w połowie lat 90-tych. Trudno wówczas było w Niemczech o publikacje poezji. Wymagałoby to sporo czasu i energii, czym nie dysponowałam. Pracowałam w Niemieckim Instytucie Spraw Polskich na pełnym etacie i miałam małe dziecko - nie miałam więc czasu troszczyć się o własne wiersze. Moje pisanie właściwie zostało zainspirowane przekładami polskiej poezji. W latach 1993-1994 powstały moje wiersze w języku polskim, które publikowałam w „Tytule” i innych polskich czasopismach. Starałam się także w Niemczech o publikację, ale prawie bez skutku. Pojawiło się tylko kilka wierszy w czasopismach. W międzyczasie w Niemczech jest jeszcze trudniej o publikację poezji. Wiersze się nie sprzedają, wydawnictwa nie chcą podejmować takiego ryzyka. Christiana Ruzicskę z wydawnictwa Secession poznałam jako zaangażowanego wydawcę dzięki moim przekładom powieści Jakuba Małeckiego. Przy okazji jednego ze spotkań autorskich wręczyłam mu mój polsko-niemiecki tomik „Pojechać do Weinsberg / Nach Weinsberg fahren”, wydany w 2018 r. w Bibliotece Telgte w Poznaniu. Przeczytał wiersze i spodobały mu się.

Polsko-niemiecki tomik „Pojechać do Weinsberg. Nach Weinsberg fahren” Renate SchmidgallZdjęcie: Biblioteka Telgte

Podczas lektury pani wierszy, także tych zamieszczonych w pierwszym, polsko-niemieckim tomie z 2018 r., nie sposób oprzeć się wrażeniu, że są one w klimacie bardzo polskie.

– Myślę, że to wynika z tego, że rzeczywiście bardziej jestem związana z tradycją polskiej poezji niż niemieckiej. Oczywiście z fascynacją czytałam też m.in. Paula Celana, ale nie rozeznaję się aż tak bardzo w niemieckiej poezji okresu powojennego po tę najbardziej współczesną. Nie była mi tak bliska jak poezja wielu polskich autorów. Ponadto lektorowałam chociażby tom poświęcony poezji  w wydanej przez Karla Dedeciusa „Panoramie literatury polskiej XX wieku”. Przeczytałam w swoim życiu o wiele więcej polskiej poezji niż niemieckiej. Wywarła ona na mnie jako autorkę o wiele większy wpływ, szczególnie wiersze Macieja Niemca, Adama Zagajewskiego, Marzanny Kielar, ale także Pawła Huelle czy Andrzeja Stasiuka, znanych bardziej jako autorów prozy. Postrzegam siebie bardziej w tej właśnie tradycji.

Co sprawiło, że opanowała pani język polski?

– W moim gimnazjum w Heilbronn oferowano język rosyjski i go wybrałam. Poznałam poezję rosyjską – Puszkina, Jesienina – i to dlatego zdecydowałam się na studia slawistyki. W 1977 r. pojechałam po raz pierwszy do Polski. To był PRL, zupełnie inny kraj. Ta odmienność, myślę, bardzo mnie pociągała. To było inne społeczeństwo. Miałam wrażenie, że ludzie mają w Polsce o wiele więcej czasu, mimo że obiektywnie oceniając musieli go mieć o wiele mniej, stać w kolejkach itd. Polubiłam ludzi i literaturę. Połączyła mnie z Polską więź emocjonalna. Jeszcze podczas studiów w Heidelbergu przełożyłam – dla siebie, do szuflady – wiersze Krynickiego i Szarugi. Sama lektura mi nie wystarczała.

Pani wiersz o latach 80-tych w Warszawie opisuje ówczesną rzeczywistość. Kończy go wspomnienie starszej kobiety, u której pani mieszkała. W budynku, na którym widniały jeszcze ślady po kulach z II wojny światowej.

– Dwa lata temu ślady po kulach ciągle jeszcze tam były. Zawsze kiedy jestem w Warszawie, jadę na Pragę i sprawdzam, czy ten dom jeszcze stoi. Kiedyś zawsze tam mieszkałam podczas pobytów w Warszawie. Ludzie mnie ostrzegali, żeby nie chodzić w tamtych rejonach po nocy. U pani Marii wynajmowałam pokój. Uczyłam się wówczas polskiego jako trzeciego języka słowiańskiego, po rosyjskim i czeskim. Pani Maria, z którą próbowałam się porozumiewać moją łamaną wtedy polszczyzną, zaproponowała, abym mówiła do niej „Babcia”.

Tomik wierszy "Kein Verlass auf Uhren und Gestirne" Renate SchmidgallZdjęcie: Secession Verlag Berlin

W pani wierszach pojawiają się postaci, które panią formowały – ojciec, matka, krewni. Obok przywoływanego z pamięci świata dzieciństwa i młodości nawiązuje pani do poetów i pisarzy, których pani przekłada. Maciejowi Niemcowi, Adamowi Zagajewskiemu, Andrzejowi Stasiukowi, Pawłowi Huelle dedykowała pani wiersze kilkukrotnie.

– Autorów tych znam jeszcze z lat 90-tych. Pawła Huelle poznałam już w roku 1988. Maciej Niemiec jest wielkim, niedocenionym poetą drugiej połowy XX wieku. W przypadku Zagajewskiego miałam to szczęście, że wiele lat później mogłam „przejąć” go od Dedeciusa. Przejęłam też od Dedeciusa tłumaczenie utworów Wisławy Szymborskiej i Zbigniewa Herberta. Także Stasiuka poznałam bardzo wcześnie i doprowadziłam do jego pierwszych publikacji w Niemczech – w Roczniku Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich w 1995 r. – i jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam go potem tłumaczyć. Wiersze dedykowane Stasiukowi powstały po wspólnych podróżach. Wszystkie te relacje autor-tłumacz przeobraziły się w przyjaźnie. Paweł Huelle od samego początku czytał moje wiersze i zawsze je cenił. Dlatego zadedykowałam mu wiersz „Pojechać do Weinsberg”.

Także jeden z pani utworów prozą dotyczy Pawła Huelle...

– To był esej autobiograficzny, który ukazał się w czasopiśmie „Sinn und Form”. Przyjaźniliśmy się od mojego pierwszego przekładu jego tekstów, powieści „Weiser Dawidek”. Przez wiele lat przekładałam teksty Pawła Huelle, dopóty tutejsze wydawnictwa były skłonne je wydawać. I widywaliśmy się co jakiś czas. Także moja córka Vera poznała Pawła. Musiała mieć dwa albo trzy lata, kiedy po raz pierwszy pojechałyśmy razem do Gdańska. Paweł zabrał nas do ZOO w Oliwie. Pamiętam, że Vera pierwszy raz w życiu widziała tam niedźwiedzie. To była wieloletnia przyjazń, nawet jeśli nie spotykaliśmy się zbyt często. Początkowo widywaliśmy się także podczas podróży na spotkania autorskie, ale z czasem było ich, niestety, coraz mniej.

Przypuszczalnie każda z pani przyjaźni z polskimi autorami i autorkami jest zupełnie inna?

– Oczywiscie, każda z tych osób jest inna. W sierpniu tego roku nareszcie znów pojechałam do Wołowca w Beskidach, do Andrzeja Stasiuka i Moniki Sznajderman. Andrzej jest zupełnie innym człowiekiem niż był Paweł – o wiele bardziej powściągliwym i małomównym. Ale rzeczywiście mimo tego coś nas mocno łączy. Sądzę, że związek między autorem i tłumaczem jest czymś bardzo bliskim i głębokim. Uważam, że tłumacz wchodzi w tekst nawet głębiej niż sam pisarz. Andrzej stwierdził kiedyś, już wiele lat temu, że autor może być głupi, a tłumacz zawsze powinien być mądry.

Andrzej Stasiuk Zdjęcie: Konrad Zelazowski /IMAGO

Wiersze, które dedykuje pani Andrzejowi Stasiukowi, posiadają obrazowość, która może kojarzyć się z niektórymi linijkami jego prozy...

– To możliwe, samej trudno mi to ocenić. Wiersze nie są produktem intelektu, lecz przychodzą z podświadomości. Po prostu się pojawiają – na początek jednym wersem lub zdaniem. Wielokrotnie się o tym przekonywałam, jak bardzo jesteśmy ze Stasiukiem do siebie podobni w postrzeganiu świata. I w tym, jaką rolę na przykład odgrywa przeszłość i pamięć. Oba te aspekty są bardzo ważne także dla mnie. Mówię o tym na końcu wiersza „Durch die Beskiden” („Przez Beskidy”).

Ostatnimi laty intensywnie przekładała pani wiersze i eseje Adama Zagajewskiego...

– Tak, od momentu, kiedy było wiadomo, że Karl Dedecius już nie tłumaczy, postanowiłam zabiegać o te przekłady. Bardzo byłam szczęśliwa, że go tłumaczę.

Michael Krüger we wstępie do pani zbioru wierszy nadmienia, że polscy poeci – Adam Zagajewski i Tadeusz Dąbrowski – bardzo na niego napierali, aby w końcu wydać pani wiersze.

– Tak, Adam już w laudacji do Nagrody im. Johanna Vossa Niemieckiej Akademii Języka i Poezji w 2017 r. nadmienił, że piszę wiersze, które w Niemczech, niestety, nie doczekały się jeszcze recepcji. Adamowi dość wcześnie posłałam swoje wiersze i bardzo się mu spodobały. To oczywiście dla mnie była silna motywacja. Mam wiele pozytywnych odzewów od moich autorów. W 2010 r. w Łodzi Andrzej Stasiuk czytał ze mną moje wiersze i przeprowadził też rozmowę ze mną. I niezwykle doceniam, że Tadeusz Dąbrowski opublikował w miesięczniku „Odra” swą bardzo piękną recenzję mojego polsko-niemieckiego tomu wierszy z 2018 r.

Podobnie jak polscy autorzy angażowali się, aby wydano pani wiersze, tak też pani sama z oddaniem toruje drogę polskim autorom i autorkom do niemieckich czytelników. Jak to się robi, że mimo trudności, na jakie napotyka dziś poezja, zostaje wydany tom wierszy Marzanny Kielar?

– W tym konkretnym przypadku przez wiele lat uparcie napierałam. Redaktora naczelnego wydawnictwa Hanser, Michaela Krügera, znałam od dawna i koniecznie chciałam wydać Marzannę Kielar w serii „Lyrik Kabinett”. Moim zdaniem należy ona do grona najlepszych poetów – nie jedynie poetek, lecz w ogóle osób piszących poezję – w Polsce. I na szczęście Krüger to poparł. Ale trzeba być bardzo wytrwałym i uzbroić się na lata w cierpliwość. Kiedyś w końcu tom nabiera realnego kształtu.

Czy istnieją polscy autorzy i autorki, których książki chętnie widziałaby pani po niemiecku?

– Przede wszystkim Maciej Niemiec, który nie ma jeszcze w Niemczech żadnego tomu poetyckiego. Pojedyncze jego wiersze były tu prezentowane w czasopismach. Tomik, który przygotowałam dla wydawnictwa Luxbooks, nigdy się nie ukazał. Teraz, kiedy Maciej Niemiec nie żyje od 2012 r., jest to jeszcze trudniejsze. Także w Polsce jest, niestety, niedoceniony. Myślę, że nie mógł za bardzo troszczyć się o swoje sprawy w kraju. W 1987 r. pojechał do Paryża i nigdy już stamtąd nie wrócił. Stworzył sobie w Paryżu – z finansowego punktu widzenia – bardzo ubogie warunki do życia i zaniedbał kontakty w Polsce. Tomiki jego poezji ukazały się jeszcze częściowo w podziemiu. Nie był moim zdaniem tak uznany jak powinien, biorąc pod uwagę jakość literacką jego twórczości. Tom „Rue des Eaux”, czyli „Ulica wód”, ukazał się w 1996 r. w A5 u Ryszarda Krynickiego. Przełożyłam prawie wszystkie wiersze z tego wspaniałego tomu. W tytule ma nazwę paryskiej ulicy, przy której mieszkał Maciej Niemiec.

Czy teraz w pani pracowni przekłady będą musiały bardziej konkurować z pisaniem własnej poezji?

– Konkurencja istniała już od jakiegoś czasu, ale zawsze górę brali moi autorzy. Pragnę teraz w końcu bardziej zatroszczyć się o własną twórczość. Kiedy byłyśmy z Urszulą Honek wiosną w Düsseldorfie, podarowałam jej mój polsko-niemiecki tom wierszy. Na pożegnanie Urszula powiedziała mi – pisz swoje własne rzeczy, zatroszcz się o nie bardziej. Bardzo to było wzruszające, że mówiła to jako autorka. To, że moje wiersze ukazują się teraz w wydawnictwie Secession bardzo mnie motywuje. Także magazyn „Sinn und Form” ponownie w tym roku opublikował moje wiersze. To wszystko dodaje otuchy. Robię teraz więcej notatek niż wcześniej. Często przychodzą mi na myśl zdania, które mogą być wersem wiersza. Czasem wiersze powstają z jednej takiej linijki, pojawiającej się w myślach. I czasem zaraz pojawiają się kolejne słowa – trzeba się wsłuchiwać, jak to idzie dalej. Czasem jednak nic się już nie pojawia – wtedy trzeba poczekać. W każdym razie chciałabym podążać obiema drogami. Oczywiście, że nadal będę przekładać polską poezję!

*Renate Schmidgall – niemiecka tłumaczka literatury i poetka. Ukończyła slawistykę i germanistykę na Uniwersytecie w Heidelbergu. Laureatka m.in. Europejskiej Nagrody Tłumaczy Offenburg (2006), Nagrody im. Karla Dedeciusa (2009 ), Nagrody im. Johanna Heinricha Vossa Niemieckiej Akademii Języka i Poezji (2017), Nagrody Polskiego PEN-Clubu (2015).

25 września 2025 r. w Heidelbergu odbierze Nagrodę Ginkgo Biloba za przekłady poezji. W wydawnictwie Secession w Berlinie ukazuje się właśnie jej własna książka poetycka pt. „Kein Verlass auf Uhren und Gestirne".