1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

Orientalny relaks w Berlinie

19 stycznia 2007

Wypróbowany od setek lat sposób na głęboki relaks to wizyta w tureckiej łaźni –na przykład “Centrum wypoczynku Sułtan-Hamam” w Berlinie.

Symbolbild Wasser Wassertropfen p178
Zdjęcie: bmu

Przewodniczką po tej "świątyni relaksu" jest Elżbieta Stasik, berlińska korespondentka redakcji polskiej Deutsche Welle Czym taka orientalna łaźnia różni się od np. fińskiej sauny, czy rosyjskiej banii?

Przede wszystkim atmosferą. Bo co prawda tak jak i w fińskiej łaźni, czy w banii chodzi o dwie rzeczy - oczyszczenie i ciała i ducha, tutaj ten duchowy odpoczynek i wyciszenie są najważniejsze. W rozmowie z właścicielką centrum, Yasemin Taszev dowiedziałam się, że hamam jest miejscem oczyszczenia się, odprężenia i komunikacji. Hamam znaczy po prostu ciepło. Bywa ciepło ludzkie, ciepła woda, pogoda. Ale tu mówimy o orientalnej kulturze, orientalnym sposobie kąpieli, w domowej atmosferze. Nie chodzi o mechaniczny proces, jak gdzieś w hotelowej saunie – wrzucić żeton, przebrać się, wypocić i gotowe. Ważne jest ciepło, orientalne ciepło.

- Czy wstęp mają tam wszyscy?

Sułtan-Hamam jest miejscem przede wszystkim dla kobiet. Panowie też mogą z niego korzystać, ale tylko w poniedziałki. Niedziele przeznaczone są dla rodzin, reszta tygodnia natomiast dla pań. I nie jest to żaden damski szowinizm, panowie w żadnym wypadku nie powinni czuć się dyskryminowani, ale tak już po prostu jest. To kobieta jest tą wiecznie zabieganą, zestressowaną istotą, która musi się zregenerować by być powabną. A żeby nią była, musi być wypoczęta. Przynajmniej raz na jakiś czas powinna więc o wszystkim zapomnieć i troszkę się rozpieścić.

- Jak w takim razie rozpieszczamy się w takiej orientalnej łaźni? Ile czasu powinniśmy sobie wygospodarować?

Na jedną wizytę przynajmniej trzy godziny. Bo możemy skorzystać z łaźni parowej, bio-sauny, suchej sauny, “orientalnego namydlenia” – czyli mycia przez drugą osobę specjalną, jedwabną rękawicą. Dodatkowo można jeszcze zamówić masaż, zabiegi kosmetyczne. I wszędzie są po drodze specjalne pokoje albo kąciki wypoczynkowe, gdzie można się położyć, podumać, posłuchać muzyki, napić się herbaty, poczytać. Nawet trzeba, bo na tym polega cały dowcip. Wszyscy mówią cichutko, poruszają się prawie bezszelestnie, nikt się nie spieszy – RELAKS.

- Jak trafić do tej oazy?

- Sułtan-Haman mieści się przy Bülowstrasse 56, w dzielnicy Schöneberg, zresztą ukochanej dzielnicy Marleny Dietrich, ale za jej czasów tej łaźni nie było. Kogoś nieobytego z Berlinem otoczenie może wystraszyć, bo centrum mieści się w dawnej hali fabrycznej, wchodzi się przez niezbyt eleganckie podwórze, ale w tych właśnie berlińskich podwórzach kryją się najciekawsze rzeczy. Foyer już jest orientalne, ale prawdziwa niespodzianka czeka za drzwiami. Bo całość mieści się na 1000 metrów kwadratowych! Poczytałam sobie parę wpisów do książki gości i bardzo dużo osób pisało właśnie, że “byliśmy tacy zaskoczeni!”, “ach, trochę to najpierw niezbyt zachęcające, ale potem...!”. Bardzo mi się spodobał wpis – “Po co komu do Wenecji, jeżeli jest hamam? Było bosko”.

A kto tam zagląda?

Prawdziwa wieża babel. Widziałam wpisy oczywiście po niemiecku, turecku, bardzo dużo po angielsku, też po włosku, ślady Skandynawów i także Polaków. Jak jedni napisali – “Spędziliśmy tu z sąsiadami trzy godziny, bez kłopotów, bez problemów dnia codziennego; prawdziwe odprężenie.”

Pracownicy Centrum też są zresztą bardzo międzynarodowi, np. jedna z pań masażystek jest Polką, językowych problemów nikt więc nie powinien mieć.

Więcej można poczytać w internecie – www.sultan-hamam.de