1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW
LiteraturaPolska

Polacy w Niemczech. Często niewidoczni

31 maja 2026

Polacy w Niemczech chętnie pozostają niewidoczni – mówi pisarz Martin Piekar. Sam ma polskie korzenie.

Poeta i prozaik Martin Piekar - portret
Poeta i prozaik Martin Piekar - urodził się w Niemczech, ma polskie korzenie Zdjęcie: Charlotte Werndt

DW: Opublikował Pan niedawno powieść o własnym, pełnym wyrzeczeń dzieciństwie i młodości oraz emigracji Pana matki z Polski do Niemiec. Jako samotny rodzic matka uzależniła się od alkoholu i była niezdolna do pracy. Otoczenie nie reagowało... 

Martin Piekar*: Tak, na początku tak rzeczywiście było. Po pierwsze panuje dość spora bariera wstydu, jeśli jest się biednym. Nikt nie chce się przyznać do takiej sytuacji. Wcale też nie jest tak łatwo znaleźć miejsca, gdzie można uzyskać jakąś pomoc. Najpierw trzeba o nich wiedzieć: gdzie są, jak się zgłosić, o czym pamiętać. Najprostszą wskazówką, której mógłby udzielić także nasz kanclerz, byłoby: więcej pracujcie! Ale nie każdy może temu podołać. Powoli ubóstwo staje się jednak bardziej dostrzegane w społeczeństwie, też dzięki mediom społecznościowym. Mówi się o tym dziś już bez takiego wstydu, ale nadal odczuwa pewnego rodzaju izolację. 

Samotna matka, emigrantka, walcząca z depresją i chorobą alkoholową. To aż kilka faktorów nakręcających spiralę ubóstwa. W powieści stwierdza Pan, że jako dziecko zamiast starać się o dopłatę przez urząd do wycieczki klasowej, wolał Pan w ogóle nie jechać na taką wycieczkę. Czy to był może rodzaj cichego protestu?

– Nie, to nie był cichy protest, a kapitulacja przed urzędami. Jeszcze więcej formularzy, jeszcze więcej podań... Kiedyś trzeba powiedzieć: Dość! Człowiek chce mieć jak najmniej do czynienia z urzędami. To kosztuje mnóstwo sił, a jednocześnie utwierdza w przekonaniu, że jest się jeszcze mniej ważnym, aniżeli  w rzeczywistości. Naprawdę rzadko w urzędach trafiałem na człowieka, przy którym miałbym poczucie, że wykazuje wobec mnie empatię – nie litość – i działa na moją korzyść.

Fragmenty powieści odczytał Pan przed trzema laty na renomowanym konkursie im. Ingeborg Bachmann. Zaprezentował Pan rozdział, w którym matka spędza wieczory w stanie upojenia alkoholowego w swym pokoju, rozmawiając ze ścianami, podczas gdy nastoletni narrator usiłuje interweniować. Lekturę zakończył Pan wówczas głośnym krzykiem. Przeciwko czemu był skierowany tamten okrzyk?

– Przeciwko niezdolności do działania, przeciw niemocy i przeciw mojej matce. Sam starałem się nie popadać w niemoc, ale nie ma zbyt wielu możliwości, aby zrobić w tej sytuacji coś innego niż głośno krzyczeć.

Martin Piekar na konkursie literackim im. Ingeborg Bachmann w 2023 roku Zdjęcie: Johannes Puch/ORF

Przedstawiając własne dzieciństwo w Niemczech, wskazuje Pan na palące niedobory, na brak środków na podstawowe zakupy, opisuje próbę samobójczą matki. To ekstremalne sytuacje.

– Tak, to była dla mnie też możliwość przepracowania tamtego czasu, ale jednocześnie nie chciałem uzewnętrzniać i publikować moich własnych traum. Byłem raczej przekonany, że stoi za tym struktura społeczna, o której po prostu rzadko się mówi. O ludziach, którzy dorastają w biedzie, w warunkach socjalu Hartz IV. O małych rodzinach, o migracyjnym czy postmigracyjnym dzieciństwie w Niemczech – jak to kiedyś nazywano. Nie jestem pierwszy, który rozprawia się z tym w literaturze. Pytanie tylko: jaką perspektywę wybrać, na co zwrócić uwagę? Rzeczywiście jest to próba ukazania mojego dzieciństwa, jednakże w sposób emocjonalnie i intelektualnie dla innych przystępny, obejmujący zrozumienie społeczne i polityczne. 

Bardzo wcześnie jako nastolatek musiał Pan przejąć odpowiedzialność za matkę.

– Tak, to są typowe procesy, w międzyczasie określane jako parentyfikacja, gdzie coraz więcej odpowiedzialności cedowane jest na dziecko i dochodzi do zamiany ról.

Pana matka otrzymała w Niemczech pod koniec lat 80. azyl polityczny. Następnym krokiem był olbrzymi kompromis w odniesieniu do kariery zawodowej. Mimo akademickiego wykształcenia i pracy w Polsce jako nauczycielka matematyki podjęła w Niemczech pracę jako opiekunka osób starszych w rezydencji dla seniorów.

– Kompromis nie jest tu odpowiednim słowem. Moja matka nie miała wyboru. Nie mogła w Niemczech wykonywać swego akademickiego zawodu. Nie uznano jej studiów, jedynie maturę. To nic nietypowego. Dzieje się tak teraz w przypadku chociażby Syryjczyków czy ludzi z innych krajów. Czasem mam takie poczucie, że to państwo nie ceni obcych kwalifikacji, lecz jedynie własne. Kiedy w 2011 roku podejmowałem studia, musiałem najpierw z moim niemieckim świadectwem maturalnym udać się do Urzędu dla Obcokrajowców i tam wypełnić formularz A4, aby udowodnić, że jestem w stanie studiować! Mimo, że miałem świadectwo maturalne z Niemiec! Po co ta cała wizyta i formularz z pieczątką?! Przecież zrobiłem w Niemczech maturę i wszystko powinno być jasne!

Pana matka zaczynała w Niemczech praktycznie od zera. Mimo wszelkich niedoborów udało jej się stworzyć przestrzeń dla egzystencji małej rodziny, w której dziecko mogło budować swój własny świat…

– Bardzo poświęciła się dla mnie. Nie w jakiś bohaterski sposób, raczej z  tragicznymi skutkami dla siebie samej. Nie czuła się dobrze mentalnie, fizycznie też cierpiała. I tu trzeba postawić pytanie: dlaczego w społeczeństwie, które jest jedną z największych gospodarek świata, ktoś musi się dla kogoś poświęcać? Powiedziałbym, że to rzeczywiście kwestia dotycząca przede wszystkim imigrantów. Jest tylu imigrantów w tym kraju, którzy prowadzą kioski czy supermarkety, pracujących 24/7, aby tylko umożliwić swojemu dziecku studia. Prowadzą restauracje, punkty krawieckie, albo są gdzieś zatrudnieni. Nie jeżdżą na urlopy, tylko żeby jak najwięcej odłożyć dla dzieci. A przecież wiemy, że ta gospodarka tylko wtedy ma rację bytu, jeśli następne pokolenie będzie dobrze wykształcone. Dlaczego w tym celu rodzice mają się poświęcać, a nie jest to kierunek działań forsowany politycznie? 

Okładka książki Martina Piekara "Vom Fällen eines Stammbaums"Zdjęcie: Rowohlt

Pana matka na emigracji radykalnie zerwała kontakty z Polską. Konsekwencją tej postawy jest niemiecki jako język komunikacji w rodzinie. Czasem taką postawę interpretuje się jako przejaw dążenia polskich emigrantów i emigrantek, aby maksymalnie dopasować się do społeczeństwa większościowego, stać się wręcz niezauważalnymi. W miejscach publicznych emigranci z Polski wcześniej nie chcieli rzucać się w oczy poprzez język.

– Mam poczucie, że wielu wstydziło się za język. Słyszałem od wielu Polaków i Polek, którzy wychowali się w Niemczech, że rodzice ciągle im powtarzali: mów po niemiecku. Myślę, że moja matka była bardzo straumatyzowana doświadczeniami z Polski i potem dokonywała projekcji wszystkiego na ten kraj. Starała się zburzyć za sobą wszelkie mosty, ale jej polska historia nie kończy się przecież automatycznie wraz z opuszczeniem kraju. Mówiliśmy w domu i po polsku, i po niemiecku. Ostatnio rozmawiałem z polsko-niemieckim redaktorem magazynu „Der Spiegel”, którego rodzice mają podobną historię migracji do mojej matki. Dzięki mojej książce uzmysłowił sobie, jak bardzo jego rodzice pragnęli, aby w niczym nie różnił się od Niemców. Tak, Polacy starają się maksymalnie dopasować – chętnie pozostają niewidoczni albo w ukryciu. Sądzę, że to ma podłoże historyczne. 

Pan sam określa się jako polski pisarz piszący po niemiecku. I podkreśla, że przyszedł Pan na świat jako Polak, ale poza Polską. Porównywalnie do Pana matki, która urodziła się w 1952 roku w sowieckim Gułagu.

– Dlatego sądzę, że narodowość przede wszystkim wiąże się z kulturą i historiami, które się przekazuje dalej. Nikt z moich niemieckich przyjaciół nie ma pojęcia o bitwie pod Grunwaldem, a ja z tą historią dorastałem. Moja matka nie mogła się odciąć od swojego tła kulturowego. Przecież sporo wiedziała o świecie, była mądrą kobietą!

W powieści czytelnik poznaje muzykę, która towarzyszy Panu, obok wielu wersów chociażby Marka Grechuty. Słuchała go Pana matka. Z czasem Pan sam odzyskuje polskie korzenie, a co za tym idzie także dostęp do tego kręgu kulturowego. Wywiązały się także kontakty literackie w Polsce?

– Nie mam tylu kontaktów do polskich autorów i autorek, ile bym sobie życzył, ale może to się z czasem zmieni. W pewnym sensie dorastałem na polskiej liryce, bo matka była miłośniczką poezji. Wcześnie zacząłem czytać polską poezję. Najpierw po niemiecku, a potem w oryginale. Uczyłem się czytać i pisać po polsku, posługując się dwujęzycznymi wydaniami poezji. Matka nie chciała mnie tego uczyć. Potrafiłem mówić, ale ortografii musiałem nauczyć się sam. Czytałem te dwujęzyczne wydania, przy okazji studiując pisownię i patrząc, jak wiersze zostały przełożone. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że polska liryka XX wieku to niezwykle ważne ogniwo literatury światowej. Dobrze na mnie wpływa dostęp do tego źródła i możliwość poznawania nowych utworów.

Do Polski pojechał Pan po raz pierwszy w wieku 27 lat…

– Po raz pierwszy w życiu miałem wtedy środki, aby zrobić coś w rodzaju urlopu.

Czy wychwytywał Pan wówczas różnice między Polakami i Niemcami?

– Pojechałem w rodzinne strony, do Białegostoku. Myślę, że to, co różni nas – Polaków i Niemców – to wzajemna postawa wobec siebie. Jesteśmy sobie dość obcy. Kiedy byłem po raz pierwszy w Polsce, miło mnie zaskoczyło, że mój polski nie jest taki zły, że daję radę. Byłem w stanie przeczytać menu w restauracji, szyldy, rozmawiać z ludźmi. To dawało mi poczucie, że mój język ojczysty nie zaginął, że funkcjonuje. 

W odniesieniu do tej pierwszej podróży opisuje Pan też kicz i komercję, pojawiającą się w miejscach turystycznych.

– Nie chciałem przedstawiać Polski jako raju na ziemii, bo tak nie jest. Rzucił mi się na przykład w oczy pewien rodzaj zawoalowanego antysemityzmu, zamaskowanego nawet jako rodzaj jakiejś sympatii. Myślę tu o figurkach Żyda z pieniążkiem, kupowanych na pamiątkę, na szczęście. Jednocześnie Polska ma coś, co mnie niesamowicie zachwyca i za każdym razem pozwala doładować akumulatory. Staram się co najmniej raz w roku być w Polsce, pójść do polskiej restauracji, wsłuchać się w dźwięk języka, obserwować na ulicach inne sceny niż w Niemczech. Konfrontuję się z czymś, co bardzo dobrze znam, ale też jednocześnie jest w tym coś dla mnie obcego.

Polska i kraje Europy Wschodniej raczej nie należy do popularnych destynacji podróżniczych.

– Sam chętnie to zmieniam w grupie moich najbliższych przyjaciół. W tym roku byliśmy na urlopie w Bukareszcie, w ubiegłym roku w Rydze. Rok wcześniej w Polsce – w Warszawie, Białymstoku i Krakowie. Chętnie pokazuję przyjaciołom Polskę. Dla nich to inny świat. W takich sytuacjach dopiero dostrzegam obcość. Zauważam też ostatnio, że wśród młodzieży coraz popularniejsza jest Warszawa. Prawdopodobnie stanie się dla Europy takim nowym Berlinem. Warszawa jest bardzo drogim miastem dla Polaków, ale jeśli mieszka się w Niemczech lub we Francji, jest względnie korzystna cenowo. Sam nadal nie jestem zamożny. Chętnie spędzam urlop gdzieś, gdzie nie rujnuje mnie to finansowo i mogę coś ciekawego zobaczyć. Polska ma tu dużo do zaoferowania. Rzeczywiście myślę, że wschód staje się teraz dla wielu ludzi atrakcyjniejszy, też z powodów ekonomicznych. Wszystkim obecnie w Europie wiedzie się gorzej, trzeba o tym pamiętać. W Niemczech wcale nie ma takiego finansowego raju. Wielu młodych ludzi w poszukiwaniu nowych miejsc odkrywa dla siebie właśnie Europę Środkową i Wschodnią.

*Martin Piekar – ur. w 1990 roku w Bad Soden (Hesja), w polskiej rodzinie. Poeta i prozaik. Laureat licznych nagród literackich. W wydawnictwie Rowohlt ukazał się jego debiut prozatorski – autofikcjonalna powieść „Vom Fällen eines Stammbaums” („O ścinaniu drzewa genealogicznego”) o postmigracyjnym dzieciństwie w ubóstwie, naznaczonym depresją i chorobą alkoholową matki.

"Mówili o Polsce: biedny kraj"

03:15

This browser does not support the video element.