1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

Polityczna poprawność nie pomoże w pojednaniu polsko-niemieckim

31 maja 2010

Pojednanie jest możliwie tylko w wymiarze indywidualnym. Pamięć historyczna jest różna w zależności od interesów politycznych. W Berlinie o roli narracji historycznej dyskutowali polscy i niemieccy studenci.

Prof. Klaus Ziemer, prof. Gertrud Pickhan i prof. Gesine Schwan na konferencji w Akademii Katolickiej w Berlinie
Prof. Klaus Ziemer, prof. Gertrud Pickhan i prof. Gesine Schwan na konferencji w Akademii Katolickiej w BerlinieZdjęcie: AP

„Gdy przyjechali do mnie znajomi z Niemiec zastanawiałam się, co im mogę pokazać w Warszawie. Pomyślałam o Muzeum Powstania Warszawskiego. Ale wszyscy mi to odradzali. Mówili, że to nie najlepszy pomysł, bo koledzy mogą się poczuć urażeni. Atmosfera się popsuje i wizyta się nie uda” - tak relacjonuje przygotowania do wizyty przyjaciół zza Odry Iza Gryz, 24-letnia doktorantka z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW), jedna z organizatorek konferencji naukowej o roli narracji historycznej w stosunkach polsko-niemieckich. „To jest jakaś ślepa ulica. Gdzie my idziemy z tą poprawnością polityczną?” – pytała już na konferencji w Berlinie, gdy opowiadała swoją historię. „Dobre relacje są budowane na pełnej informacji i prawdzie, a nie na politycznej poprawności i mówieniu o pogodzie” – uważa Iza. Konferencja o historycznej narracji miała jej pomóc w odpowiedzi na pytanie, jak Niemcy widzą współcześnie Polskę, i czy faktycznie unikają rozmów o trudnej przeszłości.

Uczestnicy konferencji o roli narracji historycznej w stosunkach polsko-niemieckichZdjęcie: DW

Kamil Nowak, kolega Izy z roku, pomyślał o takim polsko-niemieckim spotkaniu doktorantów, po tym, jak usłyszał wymianę zdań między jego znajomymi, a ich dzieckiem: „Sześcioletni syn moich przyjaciół powiedział, że nienawidzi Niemców”. Zastanawiał się, skąd mogą się brać tak silne uczucia w tak młodym wieku: „Przecież to nie jest tak, że człowiek rodzi się z uprzedzeniem i nienawiścią. To jest jakoś przekazywane”. Wtedy pomyślał o narracji, „która jest w jakiś sposób nam wtłaczana, jest jakąś opresją, jest przeszkodą w budowaniu lepszych relacji z Niemcami”. Choć uważa, że pojednanie ma wymiar indywidualny i głównie dotyczy ofiar i katów II wojny światowej, to podkreśla, że „narracje, które mamy w głowach też wymagają od nas pojednania”.

Prof. Radosław Zenderowski i Maria-Luise Schneider - organizatorzy berlińskiej konferencjiZdjęcie: DW

Pamięć nie do zapomnienia

Najżywiej na historię Izy zareagowała profesor Gesine Schwan, była rektorka Europejskiego Uniwersytetu Viadrina we Frankfurcie nad Odrą i była pełnomocniczka rządu RFN ds. stosunków z Polską. Dopytywała, kto w Polsce uważa, że nie należy rozmawiać z Niemcami o odpowiedzialności za okrucieństwa narodowego socjalizmu. „Polityczna poprawność nam nie pomoże” – stwierdziła profesor Schwan. Dodała: „Nie da się uniknąć przeszłości w rozmowach o przyszłości. One zawsze są ze sobą połączone. Jak się o tym nie mówi, to powstaje próżnia i w to miejsce wchodzą stereotypy i uprzedzenia”. Profesor Schwan przestrzegała jednak przed jednoznaczną oceną niemieckiej pamięci historycznej: „Nie ma jednej pamięci, zarówno polskiej, jak i niemieckiej”. Przywołała przykład 8 maja 1945 roku. Podczas, gdy w byłym NRD było to święto radosne i przez lata hucznie fetowane, w RFN kanclerz Konrad Adenauer w 1955 roku określił Dzień Wyzwolenia jako „najtragiczniejszą datę w historii Niemiec, bo doszło do podziału kraju”.

Polscy i niemieccy doktoranciZdjęcie: AP

Schwan zwracała także uwagę na to, że „jako socjaldemokratyczna katoliczka ma zupełnie inną ocenę polityki Bismarcka, zbliżoną do polskiej, niż niemieccy, konserwatywni protestanci”. Przypomniała dyskusję o powołaniu Muzeum Historii Republiki Federalnej Niemiec w Bonn (Haus der Gesichte der Bundesrepublik Deutschland), która przetoczyła się przez Niemcy w latach 80-tych. Niemieccy socjaldemokraci krytykowali wtedy ostro gabinet kanclerza Helmuta Kohla za „zbyt konserwatywne podejście do historii”, które będzie prezentowane w muzeum, a przez co „fałszywie wpłynie na pamięć historyczną Niemców”. Gesine Schwan wtórowała profesor Gertrud Pickhan z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie: „W obu społeczeństwach są grupy, które mają różną pamięć historyczną”. A uzależnione jest to od osobistych doświadczeń i politycznych interesów.

Willy Brandt przed pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego. 7.12.1970, WarszawaZdjęcie: picture-alliance/ dpa

Narracja jako instrument polityczny

„Granica między historią, a narracjami historycznymi nie jest ostra” – uważa profesor Radosław Zenderowski z Instytutu Politologii UKSW. A politycy robią wszystko, by ją jak najbardziej rozmydlić i przejąć kontrolę nad historycznym przekazem. „Mamy do czynienia z różnej jakości popularyzacją, instrumentalizacją historii – to też jest narracja historyczna, która często służy celom politycznym różnych grup, które używają jej do reprezentacji i legitymizacji programów politycznych, czy w ogóle własnego istnienia” - dodaje doktor Maciej Górny, dyrektor Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Górny uważa, że często politycy nie mają pojęcia, o czym mówią i o faktach, na które się powołują: „Problemem polskiej polityki jest instrumentalizacja stosunków polsko-niemieckich dla potrzeb polityki wewnętrznej. Natomiast po stronie niemieckiej obserwujemy kompletną ignorancję Wschodu, nie tylko Polski, według takiej stary zasady, którą jeszcze wyznawali w międzywojniu niemieccy historycy – Slavica non leguntur (Nie czyta się pism słowiańskich)”. Zdaniem doktora Górnego politycy nie dbają o prawdę historyczną, bo dla nich liczą się „gry międzypartyjne i grupa wyborców, do której trafiają nacjonalistyczne argumenty”. „Na lękach i różnego rodzaju fobiach gra się najłatwiej. Przykładem są nieuregulowane kwestie własnościowe. To jest emocjonalna bomba, a zadaniem poważnych polityków jest jej rozbrojenie” – uważa profesor Zenderowski.

Premier Tadeusz Mazowiecki w objęciach kanclerza Helmuta Kohla na Mszy Pojednania w Krzyżowej. 12.11.1989, KrzyżowaZdjęcie: dpa

Manipulacja przychodzi politykom co raz łatwiej, ze względu na co raz słabszą wiedzę historyczną w obu społeczeństwach. Zenderowski zwraca uwagę na to, że „narracja historyczna w relacjach polsko-niemieckich jest głównie problemem kilkunastu ostatnich lat. Wracamy do tej historii, z kilku różnych względów. Po pierwsze, niedostatecznie pewnie czujemy się we współczesności. Powrót do historii, to jest zawsze szukanie jakiegoś trwałego punktu oparcia. A po drugie, część z nas ma takie wrażenie, że czegoś nieopowiedziano, albo coś przeinaczono”. I tu pojawia się problem relatywizacji historii przez Niemców, którego symbolem w Polsce jest Erika Steinbach. „Jest coś takiego, jak zmęczenie poczuciem winy, które może prowadzić do dość radykalnych skutków, że z pozycji sprawcy kreujemy się na ofiarę. W sensie czysto psychologicznym jest to zrozumiałe. Jednak ten wyścig wiktymistyczny, który obserwujemy w Europie jest bardzo niebezpieczny, bo tracimy z pola widzenia pojęcie odpowiedzialności i nie wiadomo, kto jest rzeczywistym sprawcą” – stwierdza politolog. „II wojna światowa nas niesamowicie podzieliła. I ciągle o niej inaczej mówimy. A dodatkowo, co raz mniej wiemy na ten temat. Powstają więc wielkie luki w naszej narracji i przez to się nie dogadujemy” – zauważył doktor Waldemar Czachur z Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie. Profesor Pickhan przyznaje, że niemieccy politycy mają "ułatwione" zadanie, bo „dużym problemem jest to, że w Niemczech ludzie za mało wiedzą o Polsce”, więc są bardziej podatni na manipulacje, bo brakuje im wiedzy potrzebnej do zweryfikowania podawanych informacji i komentarzy.

Erika Steinbach uważana w Polsce za symbol relatywizowania historii przez NiemcówZdjęcie: AP

PRL-owska propaganda ciągle żywa

Największy wpływ miała na to sytuacja powojenna i bipolarny podział świata, odgrodzonego od siebie żelazną kurtyną. Doktor Czachur podkreśla, że „polski głos w ogóle nie był słyszalny za Odrą od zakończenia II wojny światowej, aż do 1989 roku. A w niemieckich podręcznikach nie znajdziemy informacji, że hitlerowcy, oprócz Żydów, dążyli także do wyniszczenie słowian”. Trudno także o opisy na temat oporu Polaków przeciwko nazistom. A data 1 sierpnia 1944 nic nie mówi statystycznemu Schmidtowi. Dialog między polskimi i niemieckimi elitami i społeczeństwami do czasu przełomu z 1989 roku był prawie niemożliwy, co ma ogromny wpływ na dzisiejszą narrację historyczną w obu krajach. Profesor Klaus Ziemer związany z UKSW i Uniwersytetem w Trewirze powiedział na jednym z paneli, że „Konrad Adenauer, który działał na rzecz niemiecko-francuskiego pojednania miał po drugiej stronie pełnoprawnych, demokratycznie wybranych, sprawujących rządy w imieniu społeczeństwa partnerów, czego nie miał Willy Brandt, gdy klęknął w 1970 roku pod pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego”. Pojednanie polsko-niemieckie było ostatnią rzeczą, na której zależało komunistycznej władzy w Polsce.

Ludzi karmiono legendą „o Wandzie, która nie chciała Niemca” i wspomnieniem zwycięskiej bitwy pod Grunwaldem. Do tego dochodziły informacje o katyńskiej zbrodni, którą miały popełnić hitlerowskie Niemcy. Nie było mowy o rzetelnym podejściu do przeszłości i naukowego spojrzenia na historię. PRL-owska propaganda stworzyła swoją narrację, która pokutuje do dzisiaj w relacjach Polaków z Niemcami. Profesor Zenderowski opowiada, że kiedy pyta swoich studentów o najważniejsze wydarzenie w historii Polski, w pierwszej trójce, zazwyczaj na pierwszym miejscu, studenci zawsze wymieniają bitwę pod Grunwaldem z 1410 roku. „W tym roku mamy obchody 600-lecia tej bitwy, sam jestem ciekaw, w jaki sposób będą budowane relacje wokół tego wydarzenia” – zastanawia się politolog i dodaje: „To przecież nie była wyłącznie bitwa polsko-niemiecka, ale narracja mówi, że to jest pomnik wrogości polsko-niemieckiej. I to cały czas, nawet w umysłach młodych ludzi, trwa. To jest zaniechanie, nie przemyśleliśmy tego, co mówiła nam propaganda komunistyczna” – stwierdza Zenderowski.

Europejscy liderzy, w tym kanclerz Angela Merkel na Westerplatte z okazji 70. rocznicy rozpoczęcia II wojny światowejZdjęcie: AP

Pojednanie – słowo bez treści

Gdy Polska odzyskała suwerenność, a Niemcy ponownie się zjednoczyły rozpoczął się nowy etap w stosunkach polsko-niemieckich, którego symbolem jest msza w Krzyżowej z 12 listopada 1989 roku. To data, od której można zacząć liczyć próbę budowania wspólnej polsko-niemieckiej narracji historycznej. Pojednanie – stało się kluczowych słowem w bilateralnych relacjach. Ale wielu już wtedy miało z nim problem. Profesor Schwan uważa, że „kolektywne pojednanie w ogóle nie jest możliwe”. Podobnego zdania jest Winfried Lipscher, teolog, historyk, tłumacz wierszy Jana Pawła II na niemiecki i były radca ambasady RFN w Warszawie: „Pojednanie jest kategorią czysto teologiczną, więc zawsze mamy sobie coś do wybaczenia. W dziedzinie politycznej powinno się raczej mówić o porozumieniu”. Profesor Zenderowski uważa, że „to jest słowo, które niewiele już oznacza. Ono zostało już wyeksploatowane, przetrawione, trochę zlekceważone. Mówi się o tak zwanym kiczu pojednania. Musimy więc szukać nowych słów, takich jak empatia, bo stoimy przed wyzwaniem próby wczucia się w położenie drugiej strony. Dobrze jest, jakby ćwicząc taką empatię, popatrzeć na siebie oczami drugiej strony”.

Premier Donald Tusk z małżonką, burmistrzem Akwizgranu Marcelem Philippem i kanclerz Angelą Merkel chwilę po odebraniu najważniejszego, politycznego wyróżnienia w Niemczech - Nagrody im. Karola Wielkiego. 13.05.2010, AkwizgranZdjęcie: AP

Uczestnicy konferencji byli zgodni co do tego, że politycy powinni tworzyć odpowiedni klimat, ale pojednanie może dokonywać się tylko w wymiarze indywidualnym. „To jest raczej sprawa, którą załatwia się w małym gronie, nie są tego w stanie zrobić politycy przełomowymi gestami i wielkimi przemówieniami” – uważa Iza. Doktor Maria-Luise Schneider z Akademii Katolickiej w Berlinie podkreślała, że „w obu narodach ogromny wpływ na politykę i narrację historyczną ma Kościół katolicki, który dąży do zbliżenia obu narodów od czasu listu biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku”. Jednak także Schneider działania Kościoła widzi jako grunt do indywidualnego wybaczenia. Sama widziała wiele przypadków, kiedy dochodziło do spotkań ofiar z katami: „Fascynowało mnie to, że oni sami szukali dróg pojednania. Nie pozwolili sobie na to, by ból i cierpienie zdominowały ich życie, sami chcieli się zbliżyć i zbudować nowe relacje. To ich samowyzwolenie wywierało wpływ na innych. Tego nie da się sterować odgórnie politycznymi działaniami”. Dla niemieckiego studenta historii i politologii, 22-letniego Christiana Hörbelt, pojednanie polsko-niemieckie oznacza normalne stosunki między Polakami i Niemcami, gdzie II wojna światowa nie jest już na pierwszym planie, a ludzie rozmawiają ze sobą po prostu o życiu, o kulturze, a nie o problemach jakie wynikają z II wojny światowej”. Na jesienie Christian rozpocznie roczne stypendium na uniwersytecie w Warszawie. Pewnie nie uniknie jednak o pytań o pamięć historyczną w Niemczech. I pewnie jego polscy znajomi zaprowadzą go do Muzeum Powstania Warszawskiego, jak zrobiła to Iza ze swoimi przyjaciółmi. Nie żałuje tej decyzji, „bo nie popsuła tej wizyty, a wręcz przeciwnie pogłębiła ich relacje”.

Polsko-niemiecka konferencja doktorantów – „Rola narracji historycznej w stosunkach polsko-niemieckich” odbyła się w Berlinie, w dniach od 25 do 27 maja 2010 roku. Została zorganizowana przez Instytut Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Akademię Katolicką w Berlinie.

Marcin Antosiewicz, Berlin

red. odp.: Barbara Cöllen / ry