Pracował z Wajdą w Niemczech. „Jestem mu bardzo wdzięczny”
8 marca 2026
W 1983 roku nakręcił pan z Andrzejem Wajdą film „Miłość w Niemczech”. Był pan asystentem reżysera. Jakiego człowieka i reżysera poznał pan wtedy?
Gunter Krää*: Oczekiwałem naszego spotkania w napięciu, bo znałem już jego filmy. Rok wcześniej pracowałem w Meksyku i w Cineteca Nacional obejrzałem jego „Ziemię obiecaną”. Byłem pod wielkim wrażeniem siły inscenizacji i mądrości. Potem w Berlinie otrzymałem propozycję pracy jako asystent reżysera przy filmie „Miłość w Niemczech”. Oczywiście, że byłem zainteresowany.
Ponieważ wtedy z Berlina Zachodniego nie można było tak łatwo wyjechać, a ja miałem odpowiedni paszport, zapytano mnie, czy na Dworcu Wschodnim odbiorę samochodem produkcyjnym Andrzeja Wajdę z żoną. Był chłodny lutowy albo marcowy dzień w Berlinie Wschodnim – ciemno i ponuro. Pojechałem tam. Przyjechał pociąg, a na końcu peronu zostały tylko dwie osoby: niski mężczyzna i niższa od niego kobieta. Pomyślałem: to musi być on. Powitałem go, a potem pojechaliśmy do Studiów Filmowych CCC Artura Braunera, gdzie miały odbywać się zdjęcia. Zapadło mi w pamięci jego mocne spojrzenie i interesująca twarz. To był początek.
Został pan jego asystentem.
- Właściwie nie byłem jego asystentem w dosłownym sensie, bo to nie on mnie wybrał, tylko producent filmu. Więc odpowiednio ostrożna była nasza współpraca. Moim zadaniem jako pierwszego asystenta reżysera było pośredniczenie jak najwięcej w tym, czego potrzebował do scen i przekazywanie tego do przygotowania w odpowiednich działach. W osobie Allana Starskiego miał swojego zaufanego scenografa i na tej linii nie musiałem pośredniczyć.
Miałem wrażenie, że mam do czynienia z bardzo poważnym człowiekiem, który ma coś do powiedzenia – nie tylko w kontekście tego konkretnego filmu, ale w ogóle. A moje drugie wrażenie było takie, że jest nieco melancholijny. Nie znałem go wcześniej, ale nigdy nie sprawiał wrażenia szczególnie szczęśliwego albo głośnego. Wydawał mi się poważny.
Zauważyłem też, że często zmieniał swoje opinie lub życzenia dotyczące scen. Jakby nosił w sobie wątpliwości.
To był czas, kiedy w Polsce panował stan wojenny, a Wajda był niemile widziany. Czy opowiadał panu coś o sytuacji w Polsce albo swojej osobistej?
- Nie.
Wspomniał pan, że wydawał się melancholijny. Może nie był szczególnie szczęśliwy, że musi kręcić w Niemczech?
- Może tak. Wczoraj obejrzałem „Miłość w Niemczech” jeszcze raz, po 40 latach. I rozumiem, że może Wajda nie był do końca szczęśliwy w procesie powstawania filmu. Ale wtedy tego nie wiedziałem.
Andrzej Wajda nie mówił płynnie po niemiecku. Jak się dogadywaliście na planie?
- Po angielsku, francusku i trochę po niemiecku. Miał też jako osobistą asystentkę tłumaczkę, która bezpośrednio dla niego tłumaczyła, gdy rozmawiał z aktorami. Nie potrzebował tłumacza ani mnie do porozumiewania się z Allanem Starskim czy Piotrem (Łysakiem – odtwórcą głównej roli męskiej – red.), a większość spraw związanych z produkcją przechodziła przeze mnie. Dowiadywałem się od niego, notowałem i przekazywałem dalej.
Ale – jak wspomniałem – ponieważ często zmieniał swoje opinie albo wyobrażenia o scenach, to im bliżej zdjęć, tym częściej dochodziło do zmian. To normalne. Zdarzyło się też, że rano był rozczarowany, bo wieczorem coś sobie wymyślił, a nie powiedział o tym ani mi, ani nikomu innemu… Tak było z samochodem pancernym. Nie wiedziałem o tym. Gdybym wiedział, to bym załatwił. Wajda jednak zrozumiał i nie był z tego powodu zły.
A jaki był na planie filmowym?
- Przypomniała mi się taka anegdota – może zabawna. Na początku zdjęć ustawia się wszystkich na pozycjach do próby, a potem kierownik planu daje reżyserowi znak, że wszystko gotowe. Reżyser musi wtedy wydać kilka poleceń. Trzeba było najpierw powiedzieć: „Dźwięk, kręcimy!”. Dźwiękowiec sprawdzał wszystko i mówił: „Dźwięk, gotowy”. Potem reżyser mówił: „Kamera, kręcimy!”. Kamera uruchamiała się możliwie późno. Kiedy już pracowała, asystent mówił: „Kamera, gotowa!”. A potem reżyser musiał powiedzieć po niemiecku: „Und bitte!” albo „Action!”.
Andrzej nie czuł się komfortowo, żeby mówić to po niemiecku, powiedział więc do mnie: „Ty to mów”. Przygotowaliśmy scenę, wszystko było gotowe. Powiedziałem: „Dźwięk, kręcimy!”, „Kamera, kręcimy!” i „Action!”. A on na to: „Nie, nie, nie, ‘Action!' mówię ja! It's my turn! (Moja kolej!)”.
A czy Andrzej Wajda był skomplikowany jako reżyser?
- To zależy, co pani ma na myśli. Ja się z nim dogadywałem, ale czasem brakowało mi trochę informacji zwrotnej. Stawałem dla niego na głowie, ale nigdy nie prowadziło to u niego do zauważalnego szczęścia.
„Miłość w Niemczech” – opowieść o zakazanym romansie Niemki i polskiego robotnika przymusowego w czasie wojny – dotyka mrocznego rozdziału niemieckiej historii – okresu nazizmu. Sceny kręcono w małych miejscowościach na południu Niemiec. Jak tamtejsi mieszkańcy reagowali na ekipę filmową i flagi ze swastyką?
- Odnosiłem wrażenie, że wcale nie odbierali tego jako nieprzyjemne. Choć była ta sprawa z szubienicą, która przez noc zniknęła...
Ja, jako asystent reżysera, musiałem też ustawiać i instruować statystów – także tych, którzy grali nazistów. I wtedy starsi mężczyźni z okolicy dawali mi wiele wskazówek, na przykład odnośnie hajlowania, w stylu: „Nie, ręka powinna być wyżej” i tak dalej. Mieli jeszcze dużą wiedzę na ten temat...
Nie zauważyłem jakiejś wrogości. Nie wiem, co pisały lokalne gazety. Mogły być różne głosy. Może myśleli: „Przyjeżdża jakiś Polak i będzie kręcił film o naszej przeszłości”. To możliwe, ale nikt mi tego nie powiedział.
A drewniana szubienica? Na końcu filmu zawisa na niej polski robotnik. Nagle zniknęła…
- Tak. Postawiliśmy ją po południu, żeby rano rozpocząć zdjęcia – i zniknęła. Było małe opóźnienie. Potem się odnalazła.
Trzeba było jej pilnować, żeby znowu nie zniknęła?
- Nie, bo od razu po zdjęciach ją zdemontowaliśmy. Nie musiała długo stać. O ile dobrze pamiętam, nikt jej nie pilnował.
Główną męską rolę „Miłości w Niemczech” napisano dla Bogusława Lindy, który wtedy w Polsce był wielkim objawieniem aktorskim. Linda nie dostał jednak paszportu i nie mógł zagrać w filmie. Wajda mówił, że bardzo tego żałował i że zastąpienie Lindy „półamatorem” wyszło filmowi na złe. Czy to rozczarowanie reżysera dawało się jakoś we znaki?
- Nie. Nic o tym nie wiedziałem i nie było to widoczne w pracy, przynajmniej wtedy, gdy ja byłem obecny. Wajda był wobec Piotra uprzejmy, mówił do niego „Piotruś”. A to, co działo się wieczorami, gdy zamykali się w swoim kręgu – tego nie wiem. Może tam była o tym mowa, ale tego nie wiem.
Premiera filmu odbyła się w październiku 1983 roku. Jak pan wspomina ten dzień?
- Muszę się trochę cofnąć w czasie. Zdjęcia zaczęły się w Berlinie – w studiu i w plenerach. Potem pojechaliśmy na czas kwitnięcia drzew owocowych do Markgräflerland (region w Badenii-Wirtembergii na południu Niemiec – red.). Te drzewa wyglądają obłędnie na ekranie.
Kręciliśmy tam, ale pogoda szybko się zepsuła i Andrzej Wajda był kilka razy chory. Dni zdjęciowe wypadły, nie mogliśmy kontynuować. W końcu przerwano produkcję, zanim byliśmy gotowi. Brakowało kilku scen. Miały zostać nakręcone kiedyś w Berlinie.
Wróciliśmy do domów. I nic już nie słyszałem, tylko od kolegów dowiedziałem się, że kręcono jeszcze trzy lub cztery dni w Berlinie. Mnie już przy tym nie było. A potem przyszło zaproszenie na premierę. Byłem trochę nieszczęśliwy, że współpraca zakończyła się tak niepostrzeżenie. Nie widziałem już Wajdy, kiedy się rozchorował. A ponieważ zawsze był trochę melancholijny, to nie miałem pewności, czy był zadowolony z mojej pracy.
I wtedy, na premierze, wydarzyło się coś dla mnie bardzo ważnego. Stałem z innymi w foyer, Andrzej mnie zobaczył, podszedł do mnie, uściskał, spojrzał mi w oczy i powiedział: „Dziękuję ci. Bardzo mi pomogłeś”. I dodał: „Jeśli kiedyś przyjedziesz do Polski, odwiedź mnie”. To mnie zadowoliło. Wiedziałem, że wszystko było w porządku. Dlatego ta premiera była dla mnie bardzo piękna.
I odwiedził go pan?
- Niestety nie. Moja droga nigdy tam mnie nie powiodła. Bardzo tego żałuję, bo lubiłem go. A po naszym pożegnaniu miałem wrażenie, że i on mnie szanował. Czytałem później, że stworzył szkołę filmową. Chętnie bym ją odwiedził. Nie było okazji.
Ale pomyślałem sobie teraz, że jeśli po tym czasie do niego trafię i dowiem się, gdzie spoczywa, to położę na jego grobie kwiat.
Bo to było dla mnie ważne spotkanie. Jestem mu bardzo wdzięczny.
Gunter Krää* - niemiecki reżyser i autor. Z Andrzejem Wajdą kręcił w 1983 roku film „Miłość w Niemczech”, był asystentem reżysera. W 1985 roku ukończył studia reżyserskie na Wyższej Szkole Telewizji i Filmu w Monachium.