1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

Propaganda na Białorusi. Pracownicy mediów mają dość

Tatyana Nevedomskaya | Markian Ostapczuk
3 września 2020

Coraz więcej osób opuszcza państwowe media na Białorusi. W rozmowie z DW opisują, jak działa maszyna propagandowa Łukaszenki.

Prezydent Aleksander Łukaszenka wygłasza przemówienie do narodu
Prezydent Aleksander Łukaszenka wygłasza przemówienie do narodu Zdjęcie: AFP/Getty Images/S. Gapon

Protesty, jakie wybuchły na Białorusi po ostatnich wyborach prezydenckich, nie ominęły redakcji państwowych mediów. W obliczu masowych demonstracji przeciwko Aleksandrowi Łukaszence i oskarżeń o wyborcze oszustwa, z publicznych mediów odeszły całe zespoły dziennikarzy, oburzonych policyjną przemocą i rozwojem wydarzeń w kraju. Kilku z nich zdecydowało się opowiedzieć o tym Deutsche Welle.

Nasz pierwszy rozmówca chce pozostać anonimowy. Niedawno opuścił redakcję „Belarus Segodnja”. Przyznaje, że w pracy obowiązywała cenzura. – Państwowe media, w tym i nasze wydawnictwo, długo negowały zachorowania na Covid-19. Początkowo wcale o tym nie pisały, a potem tylko pozytywnie, że wiele osób wyzdrowiało, a zakłady w Chinach wzmawiają pracę – mówi. Dopiero po jakimś czasie dziennikarzom pozwolono pisać o koronawirusie na Białorusi, choć, jak zaznacza nasz rozmówca, nie miało to wiele wspólnego z dziennikarstwem.

Zmowa milczenia wokół Covid-19

– Zmienialiśmy teksty zapowiedzi w białoruskiej telewizji, aby sugerowały, że kraj z sukcesami zwalcza Covid-19, że umierają tylko osoby z chorobami współistniejącymi i że w szpitalach jest nadmiar łóżek na intensywnej terapii i respiratorów. Musieliśmy pisać, że cały świat podziwia Białoruś – wspomina.

Prezydent Aleksander Łukaszenka podczas parady wojskowej w Mińsku Zdjęcie: Nikolai Petrov/AFP/Getty Images

Także kampanię prezydencką prezentowano w państwowych mediach w jednostronny sposób. – Mówiono tylko o Łukaszence. Dostaliśmy polecenie, żeby ani słowem nie wspominać o innych kandydatach. Nie mogło paść nawet ich nazwisko – mówi dziennikarz, który zrezygnował z pracy, gdy opozycyjny bloger Siergiej Cichanouski, mąż Swiatłany Cichanouskiej, został aresztowany. – Zatrzymano go 29 maja. Dziesięć dni później miałem napisać informację, że przygotowano akt oskarżenia. Ufam zarówno Siergiejowi jak i jego żonie, a nagle miałem pisać, że jest on przestępcą – mówi.

Szybka zmiana z Rosji

Także Irina (imię zmienione) zrezygnowała z pracy w publicznym białoruskim radio. – Chociaż sama zajmowałam się tylko kulturą, to dawałam nazwisko temu, co robiło „Belteleradio” – przyznaje. Młoda kobieta wspomina jak 17 sierpnia, razem z koleżankami i kolegami, protestowała przed budynkiem radia. Pracownicy domagali się unieważnienia wyników wyborów, ustąpienia członków komisji wyborczej, zwolnienia więźniów politycznych i skończenia z cenzurą w mediach. Władze rozgłośni uznały protest za nielegalny. Kto protestował, mógł pożegnać się z pracą. Wielu właśnie tak zrobiło. Brakujący personel został zastąpiony rosyjskimi pracownikami mediów, co potwierdził zresztą sam Łukaszenka. – Poprosiłem Rosjan o przysłanie nam na wszelki wypadek dwóch, trzech zespołów dziennikarskich – mówił.

Zdaniem Iriny, widać to w programach informacyjnych. – Zmieniła się retoryka. Narracja jest bardziej radykalna. O uczestnikach pokojowych protestów mówi się jeszcze negatywniej.

Protesty przeciwko prezydentowi Aleksandrowi ŁukaszenceZdjęcie: Getty Images/S. Gapon

Irina pracowała wcześniej dla agencji „ATN” należącej do państwowych kanałów „Belarus 1” i „Belarus 24”. Panowały tam rygorystyczne zasady. – Były osoby, których nazwiska nie mogły pojawiać się w białoruskiej telewizji – mówi. W ten sposób politycy opozycji nigdy nie pojawiali się w materiałach wideo przygotowanych przez „ATN”. Dziennikarzom przekazano też listę politologów i ekonomistów, których nie wolno było dopuszczać do głosu. – Wystarczyło, że jakaś osoba choć raz wyraziła opinię, która nie była zgoda z oficjalną polityką, aby już nigdy nie pojawić się na ekranie – mówi.

Prawie wszyscy się pozwalniali

Walerij Kondratjew, który pracował dla radia „Stolica" – jednego z kanałów „Belteleradio", miał więcej szczęścia. Jak mówi, w ciągu półtora roku raptem parę razy wymieniał nazwisko Aleksandra Łukaszenki i to tylko przy okazji międzynarodowych spotkań z jego udziałem. Ale także w „Stolicy” były ograniczenia w informowaniu o koronawirusie. Jak mówi, wszystko sprowadzało się do prezentowania statystyk ministerstwa zdrowia, chociaż wiele osób uważało, że nie są pełne. A gdy przed wyborami paru białoruskich muzyków popadło w niełaskę władz, przestano grać ich piosenki w radiu. 

Chcesz skomentować ten artykuł? Zrób to na facebooku! >>

Po wyborach prezydenckich 9 sierpnia z jeszcze większym trudem przychodziło mu pracować. – Gdy pojawiły się nagrania pokazujące, co stało się z zatrzymanymi demonstrantami, (wielu skarżyło się na torutury – DW) poszliśmy do naszego dyrektora. Powiedziałem, że zwolnię się, jeśli nie będzie można mówić prawdy. Inni stanęli po mojej stronie – wspomina.

17 sierpnia pracownicy radia „Stolica” przystąpili do strajku. Nadawana była tylko muzyka, wiadomości sportowe i prognoza pogody. Władze „Belteleradio” uznały strajk za nielegalny. – Powiedziano nam, że możemy zostać zwolnieni, dlatego sami się zwolniliśmy – mówi Kondratjew. Z pracy odeszło kilkunastu dziennikarzy, w tym dyrektor stacji, jego zastępca i redaktor muzyczny. – Nie mogliśmy po prostu dalej pracować w publicznym radio i zachowywać się tak, jakby nic się nie stało – mówi.

Jak białoruskie „szwadrony śmierci“ mordowały opozycjonistów

06:04

This browser does not support the video element.

Pomiń następną sekcję Dowiedz się więcej