1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

Przechodzą tranzycję w Niemczech. Przepisów „nie przeskoczą”

27 marca 2026

Z niemieckich przepisów o samostanowieniu korzystają także osoby z Polski zamieszkałe w Niemczech. Na nowe dokumenty muszą jednak długo czekać.

Tęczowa flaga na niemieckim Bundestagu
Z niemieckich przepisów o samostanowieniu korzystają także osoby z Polski zamieszkałe w NiemczechZdjęcie: Michael Bihlmayer/CHROMORANGE/picture alliance

Na niemiecką ustawę o samostanowieniu Wszebor czekał z niecierpliwością. Kiedy tylko weszła w życie w listopadzie 2024 roku, on pierwszego dnia był już w urzędzie stanu cywilnego, by zmienić imię i zapis o płci. Jako Polak i obywatel Unii Europejskiej mieszkający w Niemczech mógł z tego prawa skorzystać.

Od niemieckiego urzędu otrzymał stosowne zaświadczenie, ale akt urodzenia, a po nim dowód i paszport musi zmienić w Polsce. I to nie okazało się proste. – Urzędniczka w polskim urzędzie stanu cywilnego była życzliwa i chciała mi pomóc, ale sprawdziła przepisy i powiedziała, że „nie przeskoczy” – mówi Wszebor. Konieczne było przejście przez procedury prawne przewidziane w Polsce.

Te z kolei zmieniły się w marcu ubiegłego roku po uchwale Sądu Najwyższego. Nowa ścieżka prawna nie wymaga pozywania rodziców, a o sprawach rozstrzygają sądy rejonowe i za niższą opłatą.

„Jest duży stres”

Z pomocą prawniczki z fundacji „Prawo Nie Wyklucza” Wszebor złożył wniosek do sądu. – Poszło dosyć sprawnie. W ciągu paru tygodni, w październiku 2025 roku, otrzymałem potwierdzenie – relacjonuje w rozmowie z DW.

Flaga osób transpłciowych (po lewej stronie) i tęczowa flaga podczas parady równości w Hiszpanii Zdjęcie: Tomàs Moyà/EUROPA PRESS/dpa/picture alliance

Ale potem sprawa utknęła. Sąd wydaje się tak przeciążony, że decyzja nie trafiła jeszcze do urzędu, a Wszebor szans na szybkie wyrobienie nowych dokumentów na razie nie ma. – Za każdym razem, kiedy podróżuję, jest duży stres – mówi Berlińczyk z wyboru, który dzięki terapii hormonalnej dopasował już swój wygląd do odczuwanej płci. Wprawdzie w dowodzie ma aktualne zdjęcie – z wąsem, ale wpis, że jest kobietą i nosi żeńskie imię.

Samostanowienie po niemiecku 

Niemcy dopiero od jesieni 2024 roku mają ustawę o samostanowieniu – która ułatwia tranzycję prawną – czyli skorygowanie pod względem prawnym płci do tej odczuwanej. Poprzez złożenie oświadczenia w urzędzie stanu cywilnego osoby transpłciowe, interpłciowe i niebinarne mogą zmienić imiona i oznaczenie płci. Niepotrzebne jest orzeczenie sądowe ani opinie biegłych.

Ustawa nie zawiera jednak żadnych regulacji dotyczących medycznych zabiegów korekty płci, w tym terapii hormonalnej. Te z kolei mogą być refundowane przez niemieckie kasy chorych. Za każdym razem potrzebne są jednak wnioski i zgody, a procedury trwają długo.

Przekonali się o tym polscy rodzice transpłciowej nastolatki, którzy do Niemiec przenieśli się m.in. w nadziei na sprawniejszą tranzycję i bardziej otwarte społeczeństwo.

– Trzy lata zajęło nam szukanie w Niemczech odpowiednich terapeutów, uczęszczanie na terapię, robienie badań i zdobycie wszystkich dokumentów potwierdzających dysforię płciową – opowiada Ewa, matka 17-latki. Przez gąszcz informacji przebijała się niejednokrotnie przy pomocy innych osób z lepszą znajomością niemieckiego. Kilka dni temu jej córka rozpoczęła terapię hormonalną. – Jest szczęśliwa. Wszystko się układa, szkoła jest wspierająca – mówi Ewa.

Według wstępnych danych niemieckiego Federalnego Urzędu Statystycznego z nowych przepisów o samostanowieniu skorzystało w ciągu roku ich obowiązywania ok. 25 tys. osób. Wśród nich wiele takich, które czekały na ustawę o samostanowieniu i nie chciały przechodzić skomplikowanej i kosztownej procedury według przestarzałej „ustawy o transseksualistach”.

Niemiecka posłanka: Bycie trans to wyzwanie

03:56

This browser does not support the video element.

Kolejny rok czekania

Nie wiadomo, ile osób z polskim obywatelstwem skorzystało już z niemieckiej ustawy o samostanowieniu. Dane statystyczne w tym temacie nie uwzględniają bowiem kategorii „obywatelstwo”.

Jedną z takich osób jest Andrzej, który w Berlinie mieszka od trzech lat i tam prowadzi całą tranzycję. – Zdecydowałem się na zmianę danych metodą samostanowienia z wyjaśnieniem, że nie jest to możliwe w Polsce. Cały proces przebiegł szybko i sprawnie – przyznaje.

Schody zaczęły się, kiedy wysłał dokument do polskiego urzędu stanu cywilnego (USC), w którym znajduje się jego akt urodzenia i poprosił o naniesienie odpowiednich zmian. Otrzymał odpowiedź odmowną, ale miał nadzieję na rozpatrzenie sprawy drogą sądową. Ta jednak okazała się wyboista i długa.

– Czekam od czerwca 2024 roku – mówi. – Jest to bardzo problematyczne, zwłaszcza, gdy jest się na hormonach i wygląd się zmienia. Często muszę się tłumaczyć, że dokument, który przedstawiam, jest mój – przyznaje.

Sprawa z uznaniem nowych danych metrykalnych w Polsce przeciąga się.

„Nie udaje się prawie nigdy”

Dla adwokata i mediatora Mikołaja Świstowskiego nie jest to zaskoczeniem. Od sześciu lat zajmuje się prawnymi aspektami tranzycji i przed polskimi sądami reprezentuje osoby transpłciowe.

Jak tłumaczy, tranzycję prawną w Niemczech można by w Polsce uznać na dwa sposoby. – Albo poprzez złożenie wniosku do USC o dokonanie – w oparciu o niemieckie dokumenty potwierdzające tranzycję – wzmianki dodatkowej, o której mowa w prawie o aktach stanu cywilnego, albo w oparciu o te same dokumenty domaganie się w trybie kodeksu postępowania cywilnego uznania orzeczenia zagranicznego przez właściwy sąd. Dopiero po uzyskaniu orzeczenia sądu USC dokonuje owej wzmianki dodatkowej – wyjaśnia Mikołaj Świstowski w rozmowie z DW.

Parada Równości w Warszawie, czerwiec 2023 r. Zdjęcie: Kacper Pempel/REUTERS

Tyle teoria. – Praktyka pokazuje, że droga administracyjna nie udaje się prawie nigdy – mówi adwokat, odnosząc się do niemieckich zaświadczeń potwierdzających zmianę oznaczenia płci i imion. Na zaświadczeniu nie ma starych danych osobowych, z których następuje zmiana. – Ponadto urzędy stanu cywilnego w dalszym ciągu nie widzą możliwości załatwienia takiej sprawy na oświadczenie zainteresowanej osoby, które zostało złożone przed obcym organem – mówi Świstowski.

Adwokat ma na swoim koncie około 300 zakończonych spraw sądowych o tranzycję. W około dziesięciu przypadkach starał się o uznanie zagranicznych dokumentów stwierdzających dokonaną za granicą tranzycję. I tylko w jednym przypadku udało mu się to na drodze administracyjnej. – Była to tranzycja z Włoch, gdzie sąd orzekał o zmianie oznaczenia płci. Dokładnie tak, jak dzieje się to w Polsce – zaznacza. – Dopóki nie jest to załatwione za granicą dokładnie tak, jakbyśmy mieli to załatwiać w Polsce, to urząd nijak tego nie zapisze i nie zaakceptuje. Odeśle do sądu powszechnego – mówi Mikołaj Świstowski.

To w dalszym ciągu spycha osoby transpłciowe na drogę postępowania sądowego, które jest dłuższe i kosztowniejsze.

Czekanie na przełom

Na prawdziwy przełom trzeba jeszcze poczekać. Ułatwieniem – choć nie w każdym przypadku – jest istniejąca od roku nowa ścieżka prawna, która nie wymaga pozywania rodziców.

– Nadal jednak trudno przewidzieć, co dokładnie czeka daną osobę przed sądem – mówi Świstowski. W jednej z prowadzonych przez niego spraw sąd zdecydował już następnego dnia. W innych przypadkach sprawy trwały lub trwają jeszcze – prawie rok od wniesienia.

Pewnym przełomem i nadzieją jest precedensowy wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 20 marca br., choć w innej sprawie. 

Sąd zobowiązał w nim stołeczny USC do wpisania aktu małżeństwa jednopłciowego zawartego za granicą do polskiego rejestru. W praktyce oznacza to, że jeśli para tej samej płci zawarła małżeństwo za granicą i posiada zagraniczny akt małżeństwa, może żądać jego transkrypcji w Polsce, czyli sporządzenia polskiego aktu małżeństwa, w którym obie osoby będą uznane za małżonków.

Wyrok może okazać się ważny również dla osób transpłciowych. – Zdecydowanie to orzeczenie będzie stanowić przełom i wytyczenie jednoznacznej ścieżki, której sprawy o tranzycję dokonywaną w Polsce czy za granicą wciąż tak bardzo potrzebują – uważa adwokat Świstowski.

„Ten papierek nic nie znaczy”

Na razie Ewa dowiadywała się w niemieckim urzędzie, jak może wyglądać prawna tranzycja jej 17-letniej córki. Urzędniczka odradziła procedurę w Niemczech, wskazując na polskie regulacje. – Mówiła mi, że to nic nie da, a bez zmiany aktu urodzenia ten papierek nic nie znaczy – mówi Ewa.

Jej córka ma tymczasem uzupełniający dowód wydany przez Niemieckie Towarzystwo Trans*- i Interpłciowości (DGTI). Przypomina on standardowy dokument tożsamości, ale zawiera preferowane imię, zaimki i płeć oraz aktualne zdjęcie paszportowe. „Jest on znany i akceptowany przez wszystkie ministerstwa spraw wewnętrznych, policję, wiele urzędów, banków, uniwersytetów, ubezpieczycieli i innych instytucji” – pisze DGTI na swojej stronie internetowej.

Taki dowód nosi przy sobie także Wszebor. Do czasu aż uda mu się przejść przez polskie procedury i wyrobić nowe dokumenty. Wtedy będzie chciał odwiedzić kilka krajów poza Unią Europejską. 

Chcesz skomentować nasze artykuły? Dołącz do nas na facebooku! >>