1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

„Przecież nie zdechniesz”

Anna Macioł17 marca 2015

Jako dziecko była maltretowana przez matkę alkoholiczkę. By znaleźć akceptację rówieśników zaprzyjaźniła się z grupą kryminalistów. Potem została prostytutką i wyjechała do Niemiec. Tragiczna historia z happy-endem.

Jana Koch- Krawczak
Zdjęcie: DW/A. Maciol

Autorką poruszającej książki jest Jana Koch Krawczak. Długie blond włosy, lekko zadarty nosek i śmiejące się oczy - nic nie zdradza jej traumatycznej przeszłości. Sobotnie popołudnie to czas na spacer z córką i mężem. Sielanka, o której Jana nawet w najtrudniejszych momentach życia, nigdy nie przestała marzyć. Choć od bolesnych wydarzeń minęło wiele lat, dopiero teraz mieszkająca w niemieckim Karlsruhe Polka zdecydowała się opublikować swoje przeżycia. Książka pod tytułem „Du verreckst schon nicht!” okazała się w Niemczech wielkim sukcesem wydawniczym.

Przecież nie zdechniesz!

- Żadna kobieta nie marzy by zostać prostytutką. Zawsze kryje się za tym bezradność i ucieczka. Mnie w prostytucje wpędziła moja matka, której nigdy nie obchodziłam - przyznaje Jana. Samotność, izolacja i strach, tak dziś wspomina swoje dzieciństwo była prostytutka. Wiele chwil najchętniej wyrzuciłaby by z pamięci.

Matka przyszła do mnie w nocy do pokoju i wrzaskiem wyrwała mnie ze snu: "Ty głupia krowo, znowu nie wyrzuciłaś śmieci. "Natychmiast wręczyła mi worek i bijąc wyrzuciła za drzwi. Nie miałam nawet czasu ubrać pantofli.(…) Kiedy wróciłam, nikt nie otworzył mi drzwi. Naciągnęłam więc piżamę na moje gołe stopy i skuliłam się. - wspomina w swojej autobiografii.

Jana Koch o swojej książce

00:44

This browser does not support the video element.

Losem kilkuletniej dziewczynki nie interesował się nikt. Spanie w nocy na wycieraczce przed domem stało się rytuałem. - Mam żal do mamy, że zrujnowała mi dzieciństwo - przyznaje dorosła już Jana. Życie w ciągłym strachu sprawiło, że 13-latka odważyła się targnąć na swoje życie. Zażyła dwa opakowania leków, myślała, że to wystarczy. - Przecież nie zdechniesz! - powiedziała wtedy do mnie matka, a ja paradoksalnie poczułam, że dalej chcę żyć - przywołuje tamte chwile autorka publikacji.

Dalej na str: 2 | Pełna wersja

Szukając akceptacji

Tylko jak? To pytanie Jana zadawała sobie w kółko. By zdobyć uznanie dziewczynka zaprzyjaźniła się z bandą wyrostków, którzy rabowali sklepy i samochody. - To była moja nowa rodzina - wspomina. Łupy z obrabowanych supermarketów oddawała matce. Jedynie w takich chwilach mogła cieszyć się jej uwagą. Zasada była prosta: im zdobycz była cenniejsza, tym dłużej matka nie robiła awantur. - Była materialistką, zależało jej tylko na pieniądzach - dodaje Jana. Przygoda skończyła się, gdy policja zamknęła dziewczynę w poprawczaku.

- No ale jakoś trzeba zarabiać - pomyślała przerażona, gdy któregoś dnia jeden z przyjaciół przedstawił ją właścicielowi agencji towarzyskiej. Decyzja by zostać w agencji nie była łatwa. Jana miała wtedy 15 lat. - Zrobiłam to, by móc dalej wspierać mamę finansowo i mieć święty spokój - przyznaje po latach.

Jana często odwiedza Heidelberg, tu może w spokoju delektować się normalnym życiemZdjęcie: DW/A. Maciol

Nie ma przyjemności, jest biznes

Jako prostytutka pracowała przez kilka lat. W Polsce w latach dziewięćdziesiątych, największą popularnością cieszyły się burdele w domach prywatnych. - Dostawałyśmy wtedy naprawdę dobre pieniądze. Za 45 minut klient płacił mi 400 zł. Z tego połowa była dla mnie. Dziś stawki są o wiele niższe - przyznaje Jana. Dzień zaczynał się wieczorem, a kończył rano. W kontaktach z klientami obowiązywały twarde zasady. Żadnych czułości i pocałunków w usta. (…)Seks bez gumki nie wchodził w grę. Ulubionym życzeniem klienta był trójkąt. Seks z dwoma prostytutkami na raz oznaczał podwójna stawkę przy połowie pracy. To był dobry biznes - pisze w swojej książce. Najczęstszymi gośćmi byli żonaci mężczyźni, którzy szukali przygód. Ale najbardziej lukratywnymi zagraniczni biznesmeni, którzy za usługi płacili w dolarach.

I choć zarobki było dobre, dla Jany nie zostawało nic. Każdą złotówkę oddawała matce. A każdy kontakt z klientem był traumatycznym doświadczeniem. Ponury nastrój wyrażała nosząc zawsze czarne stroje. - Czarny najlepiej odwzorowywał stan mojej duszy. Bo tu nie ma przyjemności, tu jest biznes. Musisz się zmusić. Ja gardziłam klientami. Moje ciało było jak martwe. Po prostu zamykałam oczy i działo się - wspomina Jana. Aby przetrwać, pocieszenia szukała w alkoholu i narkotykach, które w agencjach były na porządku dziennym. Nie zawahała się, by sięgnąć po kokainę. Ciągle miałam krwotoki z nosa, zabijesz się, ostrzegały mnie inne dziewczyny. (…) Wiedziałam, że ryzykuje swoje życie. Ale przed sobą widziałam tylko głęboką czarną dziurę. Dla mnie nie ma happy-endu.

- Niemcy, tu zaczyna się lepszy świat -

pomyślała Jana, gdy jedna z sąsiadek, zaproponowała jej wyjazd do Niemiec, oczywiście w charakterze prostytutki. Kilku Polaków postanowiło założyć agencje w domu i liczyło na duży zarobek. Jednak niemiecka rzeczywistość znaczne odbiegała od polskiej. Pod koniec lat 90-tych modne były restauracje, gdzie dziewczyny były jednocześnie kelnerkami i prostytutkami, a nie prywatne agencje. Ponadto, Niemcy ku zaskoczeniu płacili mniej, jedynie 50 marek za stosunek. Kiedy polska agencja zbankrutowała, jej właściciel postanowił sprzedać Janę do innego burdelu. I w końcu los się uśmiechnął. Jana poznała swoje męża. - Był kolegą ze szkoły mojego sutenera. Miałam straszne szczęście, anioł stróż zawsze mnie za rękę prowadził - śmieje się Jana.

Niemieckie dom publiczny. Dzienny czynsz za pokój wynosi nawet 150 euroZdjęcie: picture alliance/Robert Schlesinger

Wielka przemiana

Dziś Jana jest szczęśliwą mamą i spełnioną żoną. Ma dom i normalną pracę, o którym zawsze marzyła. Zajmuje się opieką osób starszych. - Mój mąż jest bardzo dumny, że udało mi się wydać tę książkę. Do napisania autobiografii przekonała ją jedna z psychoterapeutek, która pomogła jej uporać się z traumą. - Powiedziała mi: pokaż, że pomimo tak trudnych doświadczeń można normalnie żyć i mieć rodzinę, że z prostytucją można skończyć - podsumowuje Jana.

Publikacja książki pod koniec zeszłego roku okazała się wielkim sukcesem medialnym i wywoła ogromne zainteresowanie tematem prostytucji w Niemczech. Od tego czasu Jana poświęca się działalności na rzecz pomocy prostytutkom. Udziela się w niemieckich mediach i w licznych spotkaniach na poziomie politycznym. Jednak najwięcej satysfakcji przynosi jej praca w poradni dla kobiet „Amalia”.

- Kobiety wyobrażają sobie często, że prostytucja jest łatwa, bez żadnych fizycznych i psychicznych skutków. Przychodzą mężczyźni, płacą dobre pieniądze, a jakoś to tam już będzie. Ale tak nie jest. Przychodzą do nas kobiety bardzo skrzywdzone przez los. Ofiary przemocy, gwałtu czy handlu ludźmi - przyznaje Jana. Większość prostytutek pracujących w Niemczech pochodzi z Rumunii, Bułgarii i z Polski. Każdy przypadek jest inny. Zdaniem autorki książki, dziewczyny robią to, bo nie widzą dla siebie żadnych innych perspektyw. Chcą zarobić duże pieniądze w krótkim czasie. A to jest coraz trudniejsze.

Dzielnica czerwonych latarni we Frankfurcie nad MenemZdjęcie: picture alliance/J.W.Alker

Happy end

- Dziś stawka wynosi 20-30 euro za 20 minutowy stosunek, albo i mniej. Prostytutki mieszkają w wynajętych pokojach, których cena za dzień wynosi nawet 150 euro. Są takie, które by zarobić obsługują nawet 40 klientów dziennie - opowiada Jana. Ale według niej najgorsze jest to, że mężczyźni nie chcą używać prezerwatyw. Aborcja wśród kobiet jest na porządku dziennym. Poradnie odwiedziła jakiś czas temu jedna Rumunka. Dziewczyna jako prostytutka pracowała w Rosji, w Polsce, Czechach i w Niemczech. Ciąże usuwała już siedem razy. - Pomogliśmy jej - mówi dumnie Jana - dziś kobieta pracuje jako sprzątaczka.

Takie chwile to dla pracowników poradni wyjątkowy moment. - nasza organizacja chce dać tym kobietom odrobinę normalności. Spędzamy razem czas i rozmawiamy - mówi Jana. Kobiety dostają informacje, gdzie szukać mieszkania i pracy i powoli zaczynają układać sobie życie. Od połowy zeszłego roku udało się pomóc prawie 20 kobietom.

- Ja zawsze patrzę na życie pozytywnie. Wierzę, że w każdym jej coś dobrego, choć żal do mamy pozostał. Gdybym nie mała takiego domu, nigdy nie zostałabym prostytutką - przyznaje autorka poruszającej książki.


Anna Macioł