Symulatury: prawdziwe, wirtualne latanie
2 października 2009
Lotnisko w Monachium. Z pasa podrywa się rejsowy samolot. Dwuosobowa załoga śledzi wskazania przyrządów. Nagle rozlega się sygnał alarmowy: lewy silnik stanął w ogniu! Co robić? To proste, zachować spokój i postępować zgodnie z instrukcją. A zatem: uruchomić instalację gaśniczą, zwiększyć obroty prawej turbiny, powiadomić o awarii wieżę kontrolną i... spokojnie wylądować na jednym silniku.
Tym razem, na szczęście, to tylko trening. Żeby piloci mogli tak reagować, dwa razy w roku przechodzą ćwiczenia, przygotowujące ich do postępowania w sytuacji, kiedy o życiu lub śmierci rozstrzygają decyzje podjęte w ciągu paru sekund. Dziś taki trening odbywa się głównie na ziemi, w kabinie kompleksowego symulatora lotów. Jeden z nich działa w Monachium. Różni się bardzo od pierwszych, prymitywnych trenażerów z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Złudzenie prawdziwego lotu jest w nim tak duże, że nawet doświadczeni kapitanowie, z tysiącami wylatanych godzin, wychodzą z niego na miękkich nogach.
„Po wyjściu z kabiny symulatora czuję się jak przepuszczony przez wyżymaczkę – mówi kapitan Carsten Schmidt. Nie dlatego, że się boję, czy nie daję sobie rady, tylko dlatego, że w ciągu bardzo krótkiego czasu muszę podjąć bardzo wiele różnych decyzji i nie mogę przy tym popełnić żadnego błędu”.
Pilotujemy samolot tak, jak prowadzimy samochód
Wiadomo jednak, że ludzie są omylni a statystyki dowodzą niezbicie, że najczęstą przyczyną wypadków lotniczych jest wciąż błąd pilota. Margines błędu można jednak zmniejszyć. Od kilku lat pracuje nad tym m.in. zespół naukowców z Uniwersytetu Technicznego w Berlinie. Niedawno dołączył do niego profesor Gerhard Hüttig z Niemieckiego Instytutu Lotnictwa i Astronautyki. Przejął rozwiązanie stosowane z powodzeniem od kilku lat w samolotach bojowych. Zmodyfikował tzw. HUD, czyli wyświetlacz przezierny, prezentujący parze pilotów najważniejsze informacje na przedniej szybie kabiny, dzięki czemu nie muszą spoglądać na tablicę przyrządów pokładowych.
Realizacją pomysłu zajął się inżynier Christian Berth, który wypróbował go już w symulatorze, na którym trenował kapitan Carsten Schmidt. Inżynier Berth wbudował do kabiny symulatora dodatkowy projektor, rzucający na przednią szybę kabiny dane o pracy najważniejszych systemów samolotu i wyliczoną przez komputery trasę lotu. Widziany przez pilotów obraz przypomina nieco świetlny tunel. Wystarczy się go trzymać, żeby lecieć po optymalnej linii. Ułatwia to sterowanie odrzutowcem, bo piloci nie muszą odwracać wzroku od trasy. Po lewej i prawej stronie widocznego na przedniej szybie obrazu, mają dane o aktualnej wysokości i prędkości oraz informacje o innych samolotach, znajdujących się w pobliżu ich maszyny. Pilotaż przypomina teraz jazdę samochodem po autostradzie, na której właśnie prowadzi się roboty drogowe. Kierowca musi trzymać się zwężonego pasa, wytyczonego żółtą taśmą bądź dodatkowymi barierkami ochronnymi. A piloci muszą trzymać się „świetlnej rury” widzianej na przedniej szybie kabiny.
Technika ułatwia życie
System sprawdza się najlepiej podczas lotu w trudnych warunkach i w trudnym terenie, na przykład nad górami. Na trasie do Insbrucku piloci mają do pokonania na pewnym odcinku wąską dolinę, otoczoną z obu stron szczytami sięgającymi 2.500 metrów. Kiedy pogoda się pogorszy, co w Alpach zadarza się często, w dolinę pokryje mgła. a szczyty są pokryte chmurami, dotarcie do lotniska w Insbrucku dostarcza pilotom sporych emocji. Muszą lecieć praktycznie na ślepo, czyli kierując się wyłącznie wskazaniami przyrządów. Na szczęście dziś wśród urządzeń pokładowych są także kamery na podczerwień „widzące” nawet w najgęstszej mgle. Ich obraz też można rzucić na przedną szybę maszyny, dzięki czemu piloci nagle odzyskują wzrok. Te i inne ułatwienia też można trenować na symulatorze zainstalowanym na lotnisku w Monachium. Na początku kapitan Schmidt i inni piloci, przyzwyczajeni do dawnych zasad latania i prowadzenia nawigacji w trudnych warunkach pogodowych, mieli z tymi nowinkami sporo trudności.
„Po jakimś czasie zaczyna się doceniać zalety tego rozwiązania, a dawne nawyki ustępują miejsca nowym – mówi Carsten Schmidt - najbardziej podoba nam się, że nawet w najgorszą pogodę możemy widzieć obraz ziemi. I że możemy sami podchodzić do lądowania wszędzie tam, gdzie wcześniej byliśmy zdani na pomoc autopilota. Po prostu dobrze jest mieć przez cały czas poczucie pełnej kontroli nad maszyną”.
Ale pomoc techniki jest ogromna. Nowy system ułatwia zwłaszcza precyzyjne osiągnięcie punktu przyziemienia. Wystarczy trzymać się wyświetlanej na zielono ścieki schodzenia do chwili, w której zetknie się z błękitnym obrazem pasa, a żaden z pasażerów niczego nie poczuje. Lądowanie jak po maśle nie stanowi już większych problemów.
Georg Berger/pa
red. odp. Agata Kwiecińska