1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW

SZ o codziennych afrontach między zachodem i wschodem Europy

Elżbieta Stasik
24 października 2017

Polska, Czechy, Słowacja i Węgry chciały jak najszybciej wejść do UE. Dlaczego dziś się od niej oddalają? Powodem są codzienne afronty między mieszkańcami zachodu i wschodu Europy – tłumaczy „Sueddeutsche Zeitung”.

Polen | Ministerpräsidenten der Visegrad-Staaten in Warschau
Spotkanie Grupy Wyszehradzkiej w Warszawie, marzec 2017Zdjęcie: Reuters/K. Pempel

„Źli siedzą w środku Europy. W postrzeganiu Zachodu nie ma co do tego wątpliwości – w końcu w polityce imigracyjnej cztery państwa Grupy Wyszehradzkiej nie chciały być solidarne” – pisze „Sueddutsche Zeitung” w obszernym artykule zatytułowanym „Dobrzy, źli i kontynent europejski”. Jego autorzy – Eva Gruberová i Helmut Zeller - opierając się na przeszłości i teraźniejszości szukają odpowiedzi na pytanie, dlaczego państwa Europy Środkowo-Wschodniej, po upadku komunizmu tak palące się do UE, dziś się od niej oddalają. Co więcej: „Byli wzorowi uczniowie europejskiej integracji stali się jej trudnymi dziećmi. Ich przyjęcie w 2004 r. do UE niektórzy uważają już za fatalny błąd”.

Tragedia Europy Środkowej

Niemiecki historyk Heinrich August Winkler uważa na przykład, że UE nie jest już dziś żadną wspólnotą wartości. „Tylko czy kiedykolwiek nią była?” – zastanawia się SZ. Odpowiedź jest kompleksowa i zdaniem gazety wiedzie do „tragedii Europy Środkowej”, która – jak pisał w 1984 r. czeski pisarz Milan Kundera: „geograficznie leży w środku Europy, kulturowo zawsze uważała się za przynależącą do Zachodu, ale po 1945 r. musiała stwierdzić, że pod względem politycznym należy do «Wschodu»”.

Rozwiązaniem dysydentów w Warszawie, Budapeszcie i Pradze był «powrót do Europy». Tyle, że Zachód „nie wsłuchał się w euforię po upadku komunizmu” – stwierdzają Gruberová i Zeller – „Kandydaci do UE chcieli historycznego zjednoczenia w europejskim duchu, opartym na wspólnym, łacińsko-chrześciańskim dziedzictwie. Ale po 45 latach zimnej wojny na mapie Zachodu Europa Środkowa przestała istnieć”. Już przed 33 laty ostrzegając przed europejskim rozpadem Kundera pisał, że „Europa nie zauważyła zniknięcia swojej kulturowej ojczyzny, bo swojej jedności nie dostrzega już jako jedności kulturowej. Praga, Budapeszt, na początku XX wieku kulturowe centra Zachodu, pozostały na «Wschodzie»”.

Inny pisarz, b. prezydent Czech Václav Havel mówił o rozwiązaniu, jakim byłaby federacyjna Europa. Przedtem wizję tę, jako konsekwencję dwóch wojen światowych, miał Churchil, ale wyhamował go brak zainteresowania Zachodu. W końcu, jak pisze SZ – „Historia podążyła inną drogą. «Powrót» poprowadził do Europy, którą Havel określał efektywną, ale bezduszną maszyną obsługiwaną przez biurokratów i technokratów”.

Pomnik Václava Havla przed siedzibą Rady Europy w StrasburguZdjęcie: picture-alliance/dpa/U. Poss

Takie ostrzeżenia pojawiały się i pojawiają regularnie. „Zredukowanie «rozszerzenia UE na wschód» do jego wymiarów gospodarczych skłania obydwie strony do troszczenia się bardziej o egoistyczną obronę własnych interesów niż o rzeczywiście kolektywną solidarność” – upominał w 2004 r. francuski politolog Jacques Rupnik.

Codzienne afronty

Paradoksalne, ale ze zjednoczeniem rosło wyobcowanie – zauważają autorzy artykułu. „Wymiana między intelektualistami przygasła pod koniec lat 90-tych, szybko zniknęło też zainteresowanie protagonistami przełomu politycznego, takimi jak Václav Havel, Adam Michnik lub Lech Wałęsa”. Gruberová i Zeller przypominają, że nawet dzisiaj jeszcze niektóre niemieckie media potrafią pomylić Słowację i Słowenię. „Po traumie sowieckiego ucisku mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej są wyczuleni na wszelkie objawy paternalizmu ze strony Zachodu. Mądra dyplomacja nie powinna była o tym zapominać”.

Przykładów afrontów w codzienności między Europą Zachodnią a Środkowo-Wschodnią jest aż nadto. Kiedy państwa Grupy Wyszehradzkiej (V4) wsparły USA w wojnie z Irakiem i prezydent Francji Jacques Chirac skomentował złośliwie, że „kandydaci do UE lepiej by zrobili, gdyby milczeli”, w krajach V4 natychmiast dostrzeżono analogię do Moskwy: Nie damy sobie zamykać ust przez Paryż albo Berlin. „Tym samym hasłem zdobywają dziś głosy wyborców prawicowi populiści na Węgrzech albo w Polsce” – pisze SZ. Ale, jak zauważa dalej: „Są to też afronty w codzienności między mieszkańcami Europy Zachodniej i Środkowo-Wschodniej, które działają na korzyść narodowo-populistycznej polityki państw V4. Kto – slusznie, krytykuje stosunek środkowo-wschodnich Europejczyków do uchodźców, powinien sobie przypomnieć nagonkę w Niemczech i Francji skierowaną przeciwko „zalaniu” i „powodzi” tuż przed poszerzeniem UE. Przy czym dla nowych obywateli UE zachodnioeuropejski rynek pracy był jeszcze na lata zamknięty. (…) Także dzisiaj niemal co drugi z około 750 tys. Polaków żyjących w Niemczech zarabia, przy tych samych kwalifikacjach, mniej niż ich niemieccy koledzy”.

Polacy, Czesi, Słowacy, Węgrzy także w domu czują się 28 lat po przełomie politycznym jego przegranymi. „Po latach bolesnych reform zanika nadzieja na zachodnioeuropejski dobrobyt”. Trochę lepiej wygląda sytuacja w przemyśle, ale także tu „środkowo-wschodni Europejcy postrzegają swoje kraje jako hale montażowe Zachodu, a siebie jako obywateli UE drugiej kategorii”.

Strach przed obcym

Autorzy artykułu w SZ zauważają, że kryzys uchodźczy najpierw wzmocnił solidarność państw V4, w których większość ludności wspiera politykę ich rządów. „Powodem jest strach przed obcymi. Od XIX wieku kraje te są krajami emigracyjnymi. Po 1945 r., po Holokauście i wysiedleniu Niemców powstały jednorodne etnicznie państwa". Wyjątkiem są mniejszości Sinti i Romów w Słowacji, Czechach i na Węgrzech, dyskryminowanych i spychanych na margines życia społecznego. „Skąd ma się tu wziąć empatia” – konstatuje SZ.

Jeszcze jeden powód negatywnej postawy wobec uchodźców dostrzega cytowany przez SZ historyk Jan T. Gross: „Europa Wschodnia musi jeszcze rozliczyć się ze swoją morderczą przeszłością”. Chodzi mu o udział niemałej grupy Polaków, Słowaków i Węgrów w Holokauście – wyjaśnia gazeta.

Także Zachód musi się uczyć na błędach

„Znajdujemy się w punkcie zwrotnym” – cytuje SZ ostrzeżenie czeskiego politologa, byłego doradcy Havla Jiříego Pehe. Polityczne elity V4 poniosły jego zdaniem porażkę, porewolucyjny entuzjazm wygasł, a na przezwyciężenie dyktatury potrzeba więcej niż tylko jednego pokolenia. „Pehe obawia się, że kanclerz Merkel może mieć dość buntowniczych środkowo-wschodnich Europejczyków i kiedy zostanie zakończony trudny proces tworzenia rządu, razem z prezydentem Francji Macronem, przygotują plan Europy dwóch prędkości. To nowe wydanie modelu karolińskiego jądra Europy ze skoncentrowaniem się na niemiecko-francuskim zaprzęgu byłoby przyznaniem, że dzieło budowy wspólnej Europy nie powiodło się” – piszą autorzy artykułu „Dobrzy, źli i kontynent europejski”.

W tej sytuacji kruszy się także jedność Grupy Wyszehradzkiej - stwierdzają. Każdy z jej krajów idzie swoją drogą. „Polska, piąte co wielkości państwo, chce się stać regionalną potęgą. Na krytykowaną przez UE, także w kraju kontrowersyjną reformę sądownictwa, PiS odpowiada antyniemieckimi resentymentami i żądaniami reparacji wojennych. Wschód i Zachód, jak się wydaje, nie znajdują wspólnego języka” – orzeka SZ. Ale zaraz dodaje, że „jeszcze Europa nie zginęła”, bo większość społeczeństw V4, także młodzież, jest proeuropejska. „Także Zachód musi się uczyć na swoich błędach. Francja za długo ignorowała wschodnią Europę, przyznała francuska min. ds. Europy Nathalie Loiseau. Prezydent Macron stwierdził, że biurokraci i technokraci wypaczyli sens Europy. Takie słowa przypominają Václava Havla i atmosferę przełomu przed zwrotem politycznym – kiedy źli byli jeszcze dobrymi" – podsumowuje „Sueddeutsche Zeitung".

Opr. Elżbieta Stasik

 

Pomiń następną sekcję Dowiedz się więcej