1. Przejdź do treści
  2. Przejdź do głównego menu
  3. Przejdź do dalszych stron DW
KulturaAmeryka Łacińska

Nie chciała Niemca, a w Wandzie Polacy żenili się z Niemkami

25 grudnia 2025

Wiedziałam, że nie pojadę tam z pustymi rękoma.– Weź przyprawę do piernika, usłyszałam od Kariny, Argentynki z Wandy. I tak z plecakiem pachnącym przyprawą korzenną wylądowałam na drugiej półkuli wśród potomków Polaków.

Karina del Corte jest filarem Związku Polaków w Wandzie, choć jej związki z polskością zaczęły się przez małżeństwo
Karina della Corte jest filarem Związku Polaków w Wandzie w Argentynie, choć jej związki z polskością zaczęły się przez małżeństwoZdjęcie: Agnieszka Rycicka/DW

Małe lotnisko w brazylijskim Iguazu. Stamtąd tylko krok do prowincji Misiones na północy Argentyny. Z lotniska odbiera mnie Karina i jej mąż Ramon i wiozą mnie do miasteczka Wanda, gdzie polska i hiszpańska kultura przekładają się jak warstwy rzeczonego piernika. Pikanterii dodaje wątek niemiecki.

Polska w tropikach

Już krótki spacer po Wandzie wystarczył, bym nabrała wątpliwości, czy na pewno jestem w Argentynie. To Wanda, a może Ciechanów?  I czy czasami nie zostałam „cynicznie” oszukana przez linie lotnicze - samolot przecież mógł długo kołować po płycie lotniska we Frankfurcie, by stworzyć jedynie wrażenie długiego lotu.

Bo w Wandzie wszystko jest jak w Polsce: naprzeciwko Czerkiesów mieszkają Kisiele, zaraz obok Jelenie, a Skibowie stawiają właśnie imponujący rozmiarem dom na przecięciu dwóch głównych ulic Wandy.

Ludzie witają się po polsku. Jest tu muzeum z polskimi artefaktami i drewniany kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Z honorami celebrowane są polskie rocznice, w szkole uczą polskiej historii. Święta – jak w kraju.

Obiad, na który spontanicznie zabrał mnie pan Kazimierz – człowiek instytucja i honorowy kustosz muzeum – też był „polski”: ryba w panierce z ziemniaczanym puree i sałatą. Do tego obowiązkowo niemieckie piwo. Psy biegają samopas, jak na polskiej wsi. I wszędzie wiszą polskie godła.

– Hm, ziemia jest inna, czerwona – mówię tonem odkrywcy.

– Tak i owszem – ripostuje pan Kazimierz tak czystą polszczyzną, że trudno uwierzyć, że ojczyznę zna jedynie z opowieści – jest tak czerwona, jak nasza, polska flaga.

Skansen czy żywa legenda?

Nie ma przybysza, który by nie zagościł u Kariny i Ramona. Koguty o trzeciej nad ranem budzą tu tak konsuli, jak i vlogerów z całego świata, których ostatnio jest tu coraz więcej. Kiedy żalę się Ramonowi, że nie mogłam spać w nocy, słyszę: Pomyśl sobie, że to śpiew, a nie pianie. I już wiem, że właśnie pobieram pierwszą lekcję argentyńskiego mindsetu w żywym skansenie polskiej kultury na końcu świata, o którym w Muzeum Emigracji w Gdyni jest tylko jedno zdanie. Dosłownie:

„Wanda to miejscowość założona przez polskich emigrantów na początku XX wieku”. 

Mimo że Polacy przybywali do Argentyty wcześniej, za początek polskiego osadnictwa w Argentynie uważa się 8 czerwca 1897 roku, kiedy dotarło tu 14 polskich rodzin na pokładzie niemieckiego statku „Antonina”, który wypłynął z Hamburga. W przypadku Wandy najbardziej znaczący był 1936 rok, kiedy przybyli tu pierwsi chłopi z Polski; zamieszkali obok Indian Guarani, szybko nauczyli się hiszpańskiego. To oni budowali Wandę od podstaw.

Kazimierz Sawicki w Muzeum Imigranta w WandzieZdjęcie: Agnieszka Rycicka/DW

Mówi się, że Wanda swoją nazwę zawdzięcza córce Piłsudskiego, ale to duch polskiej księżniczki Wandy, ikony patriotyzmu – tej, która „nie chciała Niemca” – wraca tu w pełnym świetle argentyńskiego słońca. Wystarczy spojrzeć na płaskorzeźbę na murach okalających główny plac Wandy, o  nazwie plac Polski.

„Nikt nie może – Polaka poślij”

Statek z Polakami z Buenos Aires zacumował w Puerto Liberda nad Paraną tutejszej zimy. – Ci, których było na to stać, nawet nie schodzili z pokładu. „Wykupywali się” i płynęli z powrotem. Do Buenos lub tam, gdzie warunki były choć trochę lepsze: Apostoles, Obera, Posadas – mówi Kazimierz.

– Gdy ludzie pytali Colonizadora del Norte – kampanię, która werbowała ich do wyjazdu z Polski – co mają ze sobą zabrać, słyszeli: „Zabierajcie wszystko. Tam nic nie ma”. Więc Wiśniewscy wzięli ze sobą rozłożony na części wóz drabiniasty, wyobrażasz sobie? Żona w ciąży, gromadka dzieci, a on przewiózł wóz – opowiada pan Kazimierz, którego odwiedzam w muzeum. To właśnie wóz drabiniasty stał się tu symbolem zaradnego Polaka. Wóz do dziś stoi w muzeum. Trafił też do popkultury dzięki muzyce i obrazom wybitnego Argentyńczyka, barda z Wandy Ramona Ayali.

Carro polaco. Wóz rodziny Wiśniewskich, który miał przyjechać Argentyny z Europy. Muzeum w WandzieZdjęcie: Agnieszka Rycicka/DW

– Było ciężko, ale ja nigdy nie byłem głodny – mówi pan Kazimierz. – I nie byłem biedny, bo jak powtarzała moja mama, biedny człowiek to człowiek głodny. A ja nigdy nie poczułem głodu. – mówi pan Kazimierz.

Z zadumy wytrąca nas dźwięk telefonu. Chyba piątego tego dnia. To turyści z Polski. Pytają pana Kazimierza o nocleg i atrakcje. Takich telefonów jest coraz więcej.

Miasto żywych i umarłych

Dziś w Wandzie mieszka 14 tysięcy osób. Rzadko można spotkać kogoś, kto nie ma w sobie polskiej krwi. Dla wielu ich przodków wyjazd do Argentyny okazał się pułapką: nie mieli pieniędzy na powrót ani dokąd wracać. Zanim wyjechali z Polski, spieniężali cały majątek. Inni, jak rodzina pana Kazimierza, zaciągnęli dług, który mieli spłacić po przyjeździe do Argentyny.

– I spłacali. O proszę, tu są nawet na to papiery – pokazuje Kazimierz na muzealną gablotę, w której pieczołowicie umieścił nawet najmniejszą bumażkę. Wszystkie pamiątki traktuje jak relikwie, z respektem i nabożnością. Na grób ojców nie chodzi. – Mam ich tu wszystkich – mówi. – Żyją sobie. W sercu, w języku, pamiątkach.

Czerkiesowie w dżungli – sto lat argentyńskiej epopei

Ramon zabiera mnie do dżungli, do swojego taty Aleksandra. Tuż za Wandą kończy się internet. Chwilę potem kończy się asfalt i zaczyna podróż siecią cynamonowych dróżek, w które zaplątane są wysepki cywilizacji.

Podróż z Wandy do kolonii Lanusse zamiast godziny trwa dwie, bo Ramon zatrzymuje się na obowiązkowy eksperyment z bogatą w magnez ziemią, by pobiec za jaszczurką czy pokazać, jak rośnie maniok.

Polacy w Wandzie chętnie żenili się z Niemkami

Wpadamy też na yerba matę do kuzyna, by zamontować mu antenę RTV. Niemiecka żona kuzyna przywołuje wstydliwy wątek w historii Argentyny, która to tuż po II wojnie stała się azylem wielu niemieckich nazistów. W Misiones legenda miesza się z rzeczywistością. Wanda nie chciała Niemca, ale Polacy w Wandzie chętnie żenili się z Niemkami.

– Wyrwał mi zęba. Nie bolało. Nie brał pieniędzy – mówi prawie 80-letni pan Kazimierz o lekarzu, którego znał w dzieciństwie. – Ludzie zostawiali mu jedzenie na płocie. Nazywał się inaczej, ale przysięgam: to był doktor Mengele.

Aleksander Czerkies przed swoim domem w WandzieZdjęcie: Agnieszka Rycicka/DW

Czerkiesowie przyjechali tu w 1938 roku. Z Polski wypędziła ich bieda, niepewność i widmo kolejnej wojny.  – Wyjeżdżali wówczas, jak każdy – z dwóch powodów: szukali spokoju i pracy. 29 letni wówczas ojciec Aleksandra Piotr z polskim paszportem uciekał z Nowogródka przed biedą, z ciężarną żoną i trójką dzieci. Doświadczył pierwszej wojny. –  Nie chciał drugi raz tego przeżywać – mówi pan Aleksander.

– Nie było co jeść. Czekaliśmy; głodni, zanim coś urosło, wspomina. Pan Aleksander do dziś mieszka niemal w tym samym miejscu, w którym jego rodzice sto lat temu zaczynali swoją argentyńską historię. Prąd w domu ma zaledwie od początku lat dwutysięcznych. 

Dżungla kontra człowiek

Rząd argentyński dawał osadnikom od 25 do 100 hektarów. – Dostaliśmy 50 hektarów. Mówiono nam, że będzie las, więc myśleliśmy, że taki, jak w Polsce, sosnowy. Tymczasem tu nie można było nogi wsadzić. To, co rodzice karczowali w dzień, w nocy odrastało. I wszędzie te komary, które wchodziły w ciebie wszystkimi możliwymi dziurami. Były bardziej uciążliwe niż dzikie koty i węże – mówi Aleksander prezentując kij, którym do dziś rozprawia się z gadami z taką wprawą, jakby zabijał komary.

Polska szkoła w WandzieZdjęcie: Agnieszka Rycicka/DW

– To wszystko? Proszę pytać dalej, wydaje komendę Aleksander, który przez coraz częściej przyjeżdżające tu ekipy zasmakował życia celebryty i był chyba trochę rozczarowany widokiem zwykłego dyktafonu i aparatu fotograficznego. – Panie Aleksandrze, mogę tak po prostu posiedzieć koło pana? – zagaiłam. Nic z tego. Mimo ósmego krzyżyka Aleksander zabiera mnie na spacer po swoich tropikalnych włościach. Towarzyszy nam horda psów, kogutów i kaczek.

Krew, pot, łzy i terapia szokowa

Pan Aleksander z dumą mówi o dzieciach. Ramon jest jednym z nich Mieszka w Wandzie. Z dala od wielkiej polityki życie w Wandzie nie wydaje się być idyllą.

Ludzie, szczególnie emeryci, narzekają na drożyznę, szczególnie od 2023 roku, gdy zaczęła się polityka zaciskania pasa prezydenta Mileya. Prezydent obiecał krew, pot i łzy, i słowa dotrzymuje. Potrzeby inwestycyjne widać na każdym kroku. Dziury w asfalcie są takie, że po deszczu zamieniają się w stawy.

Aleksander Czerkies. Jego rodzina mieszka w Wandzie, kolonii Lanusse, od stu latZdjęcie: Agnieszka Rycicka/DW

Ale ludzie w Wandzie wydają się rozumieć polityczną potrzebę czasu. Nie narzekają na lokalnych włodarzy. Nikt nie prowadzi sporów z powodu różnic poglądów. – Burmistrz jest dobry, tylko skąd oni mają wziąć na to wszystko pieniądze?

W miasteczku są dużo pilniejsze potrzeby, tłumaczy mi Karina, zabijając karalucha, który przekracza właśnie równik stołu. Standardy czystości są dużo niższe niż w Polsce, a karaluchy w Wandzie są wielkości myszy. – Ale to przecież dżungla. Poza tym my lubimy tu, w Argentynie, żyć, a nie sprzątać – mówi Natalia Szu, przewodniczka, która od 16 lat mieszka w Argentynie i zna ją, jak własną kieszeń.

Miłość na końcu świata

– Mam dysforię narodową, jestem transnarodowa – śmieje się Karina. O polskie tradycje dba bardziej niż jej „polski” mąż. Trójka dzieci Ramona i Kariny uczy się polskiego, tańczy i śpiewa w zespołach ludowych – zarówno folklor Misiones, jak i polskie tańce ludowe.

Karina była szefową HR w firmie w Buenos Aires. Potem została żoną Ramona. Dla niego porzuciła karierę i przeniosła się nad Paranę. Modne botki zamieniła na gumaki.

– Był jakiś inny niż chłopaki z Buenos – mówi. Urzekła ją jego skromność i pracowitość. Dopiero później dowiedziała się, że ma polskie korzenie i wychowywał się w chacie bez prądu, a zatrudnił się w firmie handlującej sprzętem AGD.

– Tym też mi zaimponował. To, jak działa elektryczność, znał tylko z książki – śmieje się Karina.

Dziś Karina del Corte jest filarem Związku Polaków w Wandzie. Co tydzień bierze podręcznik i idzie na lekcje polskiego. Teresa, nauczycielka, z uporem wbija jej odmianę czasownika „maszerować”. No tak – wkrótce uroczysta gala z okazji Święta Niepodległości. Będzie pani konsul z Buenos. Będą maszerować.

Chcesz skomentować ten artykuł? Zrób to na facebooku! >>

Pomiń następną sekcję Dowiedz się więcej