Zrabowane dzieci. Wreszcie szansa na odszkodowania?
31 maja 2026
Liczba „90” stała się w bawarskim Steinhöring symbolem: dokładnie 90 lat temu otwarto tu pierwszy ośrodek organizacji Lebensborn o nazwie Hochland, gdzie w czasie II wojny światowej przebywały setki dzieci porwanych przez Niemców w okupowanych krajach.
Także 90 lat temu przyszedł na świat Hermann Luedeking, dawniej Roman Roszatowski, uprowadzony z Łodzi w 1942 roku w celu zasilenia „aryjskiej rasy”. Od soboty przed budynkiem byłego ośrodka Lebensbornu 90 róż upamiętnia dzieci, które stały się ofiarami rasistowskiej polityki III Rzeszy. Do każdej róży przypięto kartkę z imieniem i nazwiskiem zrabowanego dziecka. Większość z nich pochodziła z Polski.
Akcję zorganizowało stowarzyszenie Zrabowane Dzieci – Zapomniane Ofiary (geraubte.de) z Freiburga wraz z antyfaszystowskim klubem motocyklistów „Kuhle Wampe”. Kilkadziesiąt motocykli i zabytkowy wóz strażacki przejechaływ Rajdzie Pamięci pod eskortą policji pięciokilometrowy odcinek drogi ze stolicy powiatu Ebersberg do Steinhöring. Rodziny ofiar, członkowie stowarzyszenia i motocykliści zatykali czerwone róże na prowizorycznym ogrodzeniu okalającym plac budowy przed budynkiem. Akurat trwa remont i dostęp do budynku jest utrudniony.
Ukraina: te same mechanizmy
Christoph Schwarz, nauczyciel i pedagog z Freiburga, od 13 lat stoi na czele stowarzyszenia Zrabowane Dzieci – Zapomniane Ofiary, domagając się odszkodowań od niemieckiego państwa oraz uznania zrabowanych dzieci oficjalnie za ofiary.
– Rabunek dzieci to zbrodnia przeciw ludzkości, która cały czas jest kontynuowana, aktualnie przez Rosję w Ukrainie. To te same mechanizmy. Dzieciom i ich rodzicom przysparza się nieopisanego cierpienia. Powinniśmy stąd przekazać wyraz naszej solidarności z Ukrainą, zwłaszcza że w czasie okupacji Niemcy także stamtąd porywali dzieci. Historia się powtarza – mówił Schwarz w Steinhöring.
Ofiary niemieckiej polityki rasowej
Założona w grudniu 1935 roku przez szefa SS (Schutzstaffel) Heinricha Himmlera organizacja Lebensborn (niem. Źródło Życia) miała na celu zwiększenie liczby „aryjskich” dzieci. Wybrane przez SS kobiety, które były selekcjonowane według kryteriów rasowych, mogły w tych ośrodkach w ścisłej tajemnicy rodzić swoje „aryjskie” dzieci. Ich ojcami często byli członkowie SS o „nordyckim” wyglądzie. W sumie Lebensborn miał 20 ośrodków na terenie Rzeszy i okupowanych krajów. Jeden z nich był w Połczynie-Zdroju (niem. Bad Polzin) na Pomorzu.
W celu „zasilania rasy” Niemcy porywali dzieci o „aryjskim” wyglądzie w okupowanych krajach – w pierwszej kolejności sieroty, następnie z rodzin zastępczych, a wreszcie te odebrane bezpośrednio biologicznym rodzicom. Były to często dzieci działaczy ruchów oporu. Niemieckie rodziny zastępcze przyjmujące te dzieci miały żyć w przekonaniu, że chodzi o dzieci folksdojczów, czyli Niemców mieszkających w okupowanych krajach, którzy zostali zamordowani przez miejscowych „partyzantów”. Dzieciom zniemczano imiona i nazwiska lub nadawano całkowicie nowe, fałszowano też daty urodzenia – SS starało się zacierać ślady zbrodni.
Zrabowane dzieci szukają korzeni
Szefem ośrodka Lebensbornu w Steinhöring był prywatny lekarz Himmlera, Gregor Ebner. To on ustalał daty urodzenia dzieci – jak w przypadku 90-letniego obecnie Hermanna Lüdekinga, który urodził się w Łodzi jako Roman Roszatowski. Nigdy nie poznał swoich biologicznych rodziców, choć poszukiwał ich przez kilkadziesiąt lat.
Mimo słabego zdrowia przybył na uroczystość do Steinhöring i ze łzami w głosie wspominał swój pobyt w jednym z ośrodków Lebensbornu – w „Słonecznej Łące” w Saksonii. – Pamiętam, jak przyszła taka pani, moja późniejsza matka. Oglądała mnie i mojego kolegę i w końcu wybór padł na mnie. Wezmę sobie tego Hermanka i go sobie odchucham, on jest taki chudziutki – powiedziała.
Choć Hermann już jako dorastający chłopak dowiedział się, że nie jest biologicznym synem swoich rodziców, ci milczeli na temat jego pochodzenia. Dopiero po śmierci matki zajął się szukaniem w archiwach, z których dowiedział się, że do ośrodka Lebensbornu trafił z domu dziecka w Łodzi.
Tysiące skrzywdzonych dzieci
Yvonne Ajubi przyjechała do Steinhöring w imieniu 86-letniej matki Giseli Weise, której stan zdrowia kazał zostać w domu. Złożyła różę z kartką z prawdziwym imieniem i nazwiskiem mamy, która nazywała się Izabela Sokołowska. Miała cztery lata, gdy została zabrana matce. Trafiła do zamożnej rodziny w Niemczech, gdzie – jak pamięta – nosiła bardzo eleganckie ubrania. Potem rodzina oddała ją do kolejnego ośrodka, tym razem w Austrii, a następnie trafiła do Steinhöring.
– Ta tułaczka wywołała traumę. Mama przez całe życie cierpiała z tego powodu, że nigdy nie zaznała miłości matki, a my – mój brat i ja – cierpieliśmy razem z nią – opowiada Yvonne Ajubi w rozmowie z DW.
Kiedyś sama zaczęła szukać krewnych w Łodzi. Dotarła do dwóch kobiet, które opiekowały się czteroletnią wówczas Izabelą (późniejszą Giselą), gdy jej mama przebywała w pracy. W 1983 roku Yvonne z mamą pojechały na spotkanie do Łodzi. – Moja mama bardzo chciałaby tu być. Jest szczęśliwa, że odbywa się to upamiętnienie – mówi Yvonne Ajubi.
Polscy historycy czasów powojennych szacowali liczbę porwanych polskich dzieci na 200 tysięcy. Późniejsi naukowcy mówili o niższej liczbie – około 50 tysięcy. Ile tych dzieci było naprawdę, pozostanie tajemnicą, gdyż zniknęło wiele dokumentów umożliwiających identyfikację. Do Polski po wojnie sprowadzono z powrotem około 30 tysięcy zrabowanych dzieci.
Walka o odszkodowania
W 2022 roku stowarzyszenie Zrabowane Dzieci – Zapomniane Ofiary przekazało petycję do niemieckich władz w sprawie odszkodowań. Towarzyszyła temu demonstracja przed Urzędem Kanclerskim. Kilka dni temu, po czterech latach, z Berlina „pojawił się silny sygnał”, jak mówi Schwarz. Komisja Petycji Bundestagu wydała pozytywną opinię (petycja nr 3-20-08-250-008823).
– Dotarła do nas informacja, że ministerstwo finansów określiło kwotę potencjalnych odszkodowań na 125 milionów euro – mówi Schwarz w rozmowie z DW w Steinhöring. Do ilu osób trafiłyby odszkodowania, nie jest jasne, gdyż żyje już niewiele ofiar.
– Myślę, że żyjących ofiar jest jeszcze kilkadziesiąt, a może już nawet kilkanaście. Zadośćuczynienie – jeśli przyjdzie, to przyjdzie 81 lat za późno – podkreśla szef stowarzyszenia.
Symboliczne odszkodowania lub dodatki do emerytur – wskutek interwencji stowarzyszenia – przyznały ofiarom niektóre niemieckie landy. Porwana Izabela Sokołowska (teraz Gisela Weise) dostaje miesięcznie 200 euro jako dodatek do emerytury od landu Hamburg. Jednorazowe wypłaty z funduszy socjalnych w wysokości kilku tysięcy euro miały miejsce w Nadrenii Północnej-Westfalii i Badenii-Wirtembergii. Natomiast na poziomie federalnym żądania odszkodowawcze zostały w 2018 odrzucone przez sąd, który stwierdził, że zrabowane dzieci nie spełniają kryteriów zawartych w definicji ofiary w niemieckim prawie.
Apel do polityków
Sytuację mogą zmienić zatem jedynie politycy. Christoph Schwarz ma nadzieję, że Bundestag podejmie wkrótce decyzję, która umożliwi wypłatę jakiegoś zadośćuczynienia ofiarom oraz oficjalne uznanie ich za ofiary.
W rozmowie z DW nawiązał też do Polski. – Od lat między Polską a Niemcami toczy się debata o zadośćuczynieniu dla żyjących jeszcze ofiar wojny. Mam nadzieję, że politycy uwzględnią zrabowane dzieci i fakt, że coraz więcej z nich odchodzi – powiedział.
Spór o upamiętnienie ofiar
Nie tylko odszkodowania budzą kontrowersje. Sama pamięć o rabunku dzieci jest trudna dla właścicieli budynku, w którym był ośrodek Lebensbornu. Teraz należy on do działającej przy archidiecezji Monachium i Fryzyngi Młodzieżowej Organizacji Pomocy. Działa tu ośrodek dla osób niepełnosprawnych. Stowarzyszenie Zrabowane Dzieci – Zapomniane Ofiary domaga się umieszczenia na budynku tablicy informującej o byłym ośrodku Lebensbornu, ale kierownictwo ośrodka pomysł odrzuciło. Samo chce zdecydować o formie stałego upamiętnienia ofiar.
Teraz na ulicy, przed wejściem na teren ośrodka, wisi kalendarium wydarzeń od lat 30-tych i archiwalne zdjęcia.
Przypominanie o zbrodniach
Stowarzyszenie Zrabowane Dzieci – Zapomniane Ofiary już wcześniej organizowało akcje przypominania o nazistowskich zbrodniach w malowniczym powiecie Ebersberg. W styczniu 2025 roku odbył się milczący protest z powodu działalności sędziego Josefa Wintricha. Sprawował on nadzór kuratorski nad dziećmi z Lebensbornu, a po wojnie piął się po szczeblach kariery, aż po fotel przewodniczącego niemieckiego Trybunału Sprawiedliwości (1954-1956). Jego imię nosi jedna ze szkół w Ebersbergu. Stowarzyszenie z Freiburga apeluje o zmianę tej nazwy – na razie bez skutku.
Bez echa przeszedł też apel stowarzyszenia o przekazanie ofiarom pieniędzy z książeczek oszczędnościowych, na które SS-mani wpłacali pieniądze na utrzymanie swoich dzieci w ośrodkach Lebensbornu. Po wojnie przejęła je Młodzieżowa Organizacja Pomocy. Do dziś 400 książeczek czeka na prawowitych spadkobierców. Wartość zgromadzonych środków szacowana jest na 57 000 euro.
Trudna pamięć
O akcjach stowarzyszenia regularnie informują lokalne media. Na ogół przychodzi niewielka grupka osób. Także składanie róż najwyraźniej mało kogo interesuje w upalną majową sobotę.
Naprzeciw dawnego budynku Lebensbornu, przy ruchliwej przelotówce Muenchener Strasse, akcji przygląda się młody mężczyzna. – Nie wiem, co to za akcja – przyznaje. O tym miejscu wie tyle, że znajdował się tu „jakiś dom dla matek, które mogły tu rodzić dzieci”. – To było dawno temu, a ja urodziłem się w latach 80-tych. Nie ma u nas też żadnego muzeum regionalnego, które by nam opowiadało tę historię – tłumaczy, gdy już rozumie, że to nie był jedynie dom dla matek, lecz miejsce, gdzie sprowadzano porwane dzieci z okupowanych przez Niemcy krajów. Postanawia się tym bliżej zainteresować, jak mówi.